SPEŁNIONE MARZENIA – SŁOBÓDKA cz.2

12
1.jpg

Od rana każdy z nas zamyślony. U wszystkich uczestników wycieczki wyczuć można duże podniecenie. Jedziemy przecież do Słobódki.

Z Czortkowa w kierunku na Buczacz gościńcem zwanym „drogą cesarską” zbudowaną ok. 1850r.Pośrodku wsi Dżuryn skręcamy w prawo na drogę pełną wybojów, ale przejezdną. W odległości 2,5km jadąc na północ dojeżdżamy do Słobódki Dżuryńskiej, miejsca dzieciństwa naszych ojców i dziadków. Wieś położona jest na stepowym płaskowyżu podolskim, nad dwoma strugami okalającymi z dwóch stron niewielkie wzgórze i tworzącymi początek rzeki Dżuryn, wpadającej do Dniestru. Kiedyś do wspomnianego gościńca prowadziły dwie drogi polne: jedna na wschód w stronę Czortkowa, druga na południowy zachód w stronę Buczacza. Odległość Słobódki od Czostkowa to ok.21 km, od Buczacza 16 km, zaś koleją ze stacji w Dżurynie do Czortkowa to 17 km.
Przed wsią mijamy ruiny cegielni, która w tym miejscu funkcjonowała do roku 1939.Właścicielem cegielni był miejscowy rolnik Jan Szetelnicki s.Piotra. Na własnym gruncie ją zbudował i wypalał rocznie 120-160 tyś. cegieł. Praca w niej nie była zmechanizowana, a wyrób odbywał się ręcznie. Drzewo na wypał Szetelnicki sprowadzał spod Stanisławowa, a piasek z Białej k.Czortkowa. Z cegieł wypalanych tym sposobem miejscowi i okoliczni gospodarze wznosili swe domy mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Zamożność mieszkańców Słobódki wzrosła jeszcze bardziej i sprawiła, że wieś uchodziła tuż przed wojną na najbogatszą w okolicy. ”Katulamy” się dalej, ukazuje się nam rozlewisko rzeki, mostek, pasące się krowy i mnóstwo gęsi. Przepiękny krajobraz wsi podolskiej obraz jakiego nie zobaczysz w innym zakątku, tylko na Podolu. Po krótkim postoju, utrwalonych widokach, jedziemy dalej. Ukazują się pierwsze domy, różnej wielkości, drewniane i murowane, kryte blachą i rakotwórczym eternitem. Główna bita droga na rozdrożu koło kapliczki, skręcając w prawo wiedzie do kościoła i cmentarza. Od niej rozchodzą się inne mniejsze uliczki i dróżki do domostw. Domów we wsi jest ze 150,niektóre opuszczone, walące się. Wieś starzeje się. Większość młodych uciekła do miasta, wyjechała do pracy za granicą, najczęściej do Włoch. We wsi przeważają mężczyźni ,bo kobiety matki i młode dziewczęta pracują we Włoszech jako opiekunki. Niektórzy wracają, przywożą walutę dla poprawy życia, budują nowe domy. Tu na uboczu, z dala od miejskiego hałasu, na ojcowiźnie. Są zadowoleni z takiego życia. Poszczęściło im się.

1.jpg 

Dom rodziny Andruchów na ul.Pańskiej w Słobódce

Po zwyczajowym przystanku obok kościoła, odwiedzający rozchodzą się w poszukiwaniu swoich rodzinnych domostw.”Tak to mój dom rodzinny, opodal kościoła. W nim się urodziłam. Miałam 8 lat jak z rodzicami wyjechałam do Koskowic k. Legnicy” wspomina Maria Osada zd.Jakubów. W jednej części domu mieszkali dziadkowie, a w drugiej moi rodzice. Obok domu stara kiernica (studnia).Tutaj w roku 1912 urodziła się też moja mama – Anna Jakubów zd. Dziweńka. W tym roku 13 czerwca obchodziła w Koskowicach setne urodziny. Była wielka uroczystość w naszym domu. Życzenia, listy gratulacyjne, kwiaty od rodziny, sąsiadów, rady sołeckiej, KRUS, GOPS, Przewodniczącego Rady Gminy i oczywiście od wójta gminy Legnickie Pole, Aleksandra Kostunia. Z pewnością każdy z nas chciałby poznać receptę na długowieczność . Na pytanie co trzeba robić, by taj jak mama dożyć stu lat, jubilatka odpowiedziała: modlić się i chodzić do kościoła. Ja chodziłam do kościoła w Słobódce od maleńkich lat, nawet gdy była robota w polu i tak zawsze znalazłam czas na modlitwę i kościół. Była też TV. Wrocławskie „Fakty” przygotowały relację z tej uroczystości, dodaje sołtys Koskowic Franciszek Jakubów. To też moja rodzina. Taka uroczystość zdarza się przecież raz na 100 lat. Przyjechałem do Słobódki powtórnie, dodaje pan Franciszek. W ubiegłym roku byłem tutaj z bratem Józefem. W tym roku namówiłem do wyjazdu bratową i brata Stefana. Do nas z Zielonej Góry i Międzyzdrojów dołączyły jeszcze córki nieżyjącego brata Jana. Mając doświadczenie z roku ubiegłego i pamiętając to co zobaczyłem na cmentarzu, postanowiłem uporządkować nagrobek mojego dziadka, Antoniego Seredyszyna. W tym celu z Polski przywieźliśmy odpowiedni sprzęt, a nawet cement potrzebny do postawienia na cokole pomnika figurki św. Antoniego. Niestety i to nie wystarczyło, gdyż trzeba wywiercić otwory do umocowania rzeźby, a na to przygotowani nie jesteśmy. Dokonaliśmy tylko gruntownego oczyszczenia nagrobka. Dużo się zmieniło od ubiegłego roku na miejscowym cmentarzu. Po naszej wizycie miejscowi wycięli cześć drzew i krzaków, ale jak widać wszystko porasta od nowa. Sprawę zarośli najprawdopodobniej rozwiązałby chwastobójczy „Roundup”. Wielce nam pomocną w odnajdywaniu zniszczonych, poprzewracanych, zarośniętych pnączami grobów jest książka autorstwa Anny Czyż pt.”Cmentarze dawnego powiatu czortowskiego”, którą dostarczył nam pilot wycieczki pan Gienek Szewczuk. Z pomocą książki łatwiej odczytać z tablic nazwiska i sprawdzić kto tutaj spoczywa. Większość odetchnęła z ulgą, odnaleźli groby swoich bliskich, inni niestety będą szukać dalej. Tu gdzieś są pochowani. Dokumentacja fotograficzna przyda się na pewno, jak nie nam to następnemu pokoleniu.

1.jpg 

Gniazdo strzeleckie w Słobódce wśród obecnych Mieczysław Krzywy
Oddalamy się z cmentarza by wśród wielu słobódczańskich uliczek poszukać domostw naszych przodków. Pomagają nam w tym starsi mieszkańcy Słobódki. Na każdej niemal ulicy jesteśmy zapraszani do domów na poczęstunek. Są niezwykle serdeczni, mili i przyjaźnie nastawieni. Niektórzy wręcz oburzeni, gdy informujemy ich, że nie zdążymy ich dzisiaj odwiedzić. Zapowiadamy się na jutro. Nieodzownym elementem naszego pobytu jest gromada miejscowych dzieci. Kilkoro zawsze otacza każdego z nas. Cieszymy się z nimi, częstując wszystkich niezliczoną ilością słodyczy przywiezionych z Polski. Widać różnice w ubiorze poszczególnych dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Wyróżniające się Tania i Nadia przyjechały na wakacje do babci do Słobódki. To dzieci prowadzą nas na ulicę Pańską. Spotykamy tu najwięcej „naszych” uczestników wycieczki. Na tej ulicy przedtem mieszkały m.in. rodziny Jakubów, Andruchów, Pundyk,Żółkiewscy, Jan Florków, Piotr Szetelnicki, Władysław Seredyszyn, Błażej Tymków. Na rozdrożu mijamy zabudowania gdzie przed wojną stał dwór ostatnich właścicieli dóbr w Słobódce, Zuzanny z Zarębów Cieleckich Sienkiewiczowa, synowa wielkiego pisarza Henryka Sienkiewicza, córka Juliusza i Józefy Cieleckich. Pośrodku uliczki Pańskiej po prawej stronie mijamy murowany dom, kryty wprawdzie eternitem, ale przyzwoicie otynkowany i zadbany.”Tak to nasz rodzinny dom” mówi Jadwiga Tomków. Mieszkaliśmy z babcią i rodzicami. Tato Fabian Andruchów ożeniony z Filipiną Tymków gospodarował na 31 morgach urodzajnej ziemi. Dom ten zbudował dziadek Wincenty. Mój stryj po kądzieli Teofil Tymków – dodaje brat pani Jadwigi Jan Andruchów, był największym gospodarzem w Słobódce. Miał służbę i gospodarował na przeszło 80 morgach ziemi, to bardzo dużo jak na tamte czasy. Jego domu już nie ma. Po wojnie zamieszkali w Koskowicach, cześć rodziny wyemigrowała do Kanady. Przed chwilą doświadczyłam rzeczy niezwykłej mówi pani Jadwiga. Byłam świadkiem śmierci 78-letniej mieszkanki Słobódki. Schorowana staruszka umarła dosłownie na moich rękach. Była to stryjeczna kuzynka pani Julii Krzywy z Brzegu. Pani Julia wysłała do Słobódki list z informacją, że przyjedziemy do niej i ją odwiedzimy. Staruszka cierpliwie czekała, byliśmy trochę spóźnieni i gdy nas zobaczyła, zmarła. Tyle lat czekała.

Po charakterystycznej wymowie, mieszkańców byłej Słobódki można było wszędzie poznać : na odpustach, targach, na uroczystościach kościelnych i narodowych. Mazurzenie pozostało tak silnie zakorzenione, że utrzymywało się również i dziś we wsiach miejscach osiedlenia. Zadzierzystość i fantazja słobódczan nie zawsze objawiała się w pozytywnej formie. Niekiedy niebezpiecznie było udać się wieczorem przez wieś wozem lub piechotą. Miało to jednak i cechy pozytywne. W Słobódce Dżuryńskiej powstało jako jedyne w dawnym województwie tarnopolskim, wiejskie gniazdo organizacji „Sokół”. Był pierwszym wielkim związkiem, który nie tylko szerzył kulturę fizyczną, ale i duchową: prowadził biblioteki, urządzał przedstawienia teatralne, miał własne orkiestry i chóry ,dodaje Mieczysław Krzywy z Michałowic, obecnie mieszkaniec Brzegu. Gniazdo liczyło ponad 50 członków. Pierwszym Prezesem gniazda był miejscowy gospodarz Błażej Tymków, a ostatnim który organizował ćwiczenia wojskowe, Błażej Wierzbicki.

1.jpg 

Tu urodziła się moja mama 100-letnia Anna Jakubów
Ja swój rodzinny dom poznałem po pniu starej gruszy – wspomina Jan Pundyk z Dobrzejowa gm. Miłkowice. Pamiętam jakby to było dzisiaj, w tym miejscu stała stara gruszka. Miałem wówczas 5 lat. Wchodziłem na pień dla zabawy i oczywiście celem zerwania niedojrzałych jeszcze gruszek, bo kto by czekał aż dojrzeją, takie są najlepsze dla dzieciaka. Za każdym razem goniła mnie babcia, krzycząc bym złaził. Drzewo rosło obok domu którego już nie ma, uległ spaleniu. Z resztek cegły obecny właściciel postawił nowy widoczny tu dom. Ładny zresztą dodaje siostra Jana, Franciszka. Pani Franciszka Targońska zd. Pundyk mieszka obecnie we wsi Łukawka, gm. Baranów w powiecie puławskim. Kiedy wyjeżdżałam ze Słobódki miałam 8 lat, tak oto wspomina pobyt. Moje marzenie spełniło się. Pragnęłam zobaczyć moją ojcowiznę, szczególnie to miejsce na Ogonówce, gdzie się urodziłam. Zbliżała się linia frontu. W Słobódce stacjonował cały sztab radziecki. Niemcy dokonali nalotu bombowego.18 kwietnia 1944r.zbombardowano nasze podwórko, musiałam opuścić dom rodzinny. Zginęło wielu mieszkańców Słobódki. Uciekliśmy do naszego stryja do pobliskiej Romaszówki, a potem do Chomiakówki. Było nas troje, najstarszy 13 letni brat Stanisław, ja i młodszy 4-letni brat Janek. Brakowało żywności, ciągle byłam głodna. Chodziłam do Kosowa prosić o chleb. Mieszkaliśmy w stodole, było zimno, bo to początek wiosny, po długiej ostrej zimie. Nocami płakałam nie mając żadnej wiadomości o rodzicach w Słobódce. W Chomiakówce przyjęłam Pierwszą Komunię Świętą, boso bez białej sukienki. Wraz z rodzeństwem mieszkaliśmy u pani wójtowej – Ukrainki. Dała mi sukienkę do komunii, ale zażyczyła sobie by na nią włożyć niebiesko –żółtą ukraińską szarfę. Odmówiłam. Wójtowa sukienkę zabrała , ale po interwencji stryja, oddała mi ją i tak już bez szarfy komunię świętą po raz pierwszy przyjęłam.

1.jpg 

Oprowadzanie po wsi
II wojna światowa bardzo boleśnie dotknęła mieszkańców i duszpasterstwo parafii w Słobódce. Opisuje to ks.Wacław Szetelnicki w książce pt.”Parafia rzymsko-katolicka w Słobódce Dżuryńskiej” w podzięce rodzicom za to, co ofiarowali nam z myślą o następnych pokoleniach. W kwietniu 1940r.ks.Szetelnicki przybywa do Słóbódki po ukończeniu studiów teologicznych we Lwowie, skąd od maja tegoż roku do lipca 1941r.mieszkając u rodziców, obsługiwał na zlecenie kurii metropolitarnej, parafię w Połowcach, dokąd dochodził pieszo. Tamtejszy proboszcz ks.B.Pyclik musiał się ukrywać. Dochodził też pieszo dwa razy w tygodniu ze Słobódki do Czortkowa (21 km) pomagając ks.Boczarowi w duszpasterstwie w Czortkowie. Wielkim wstrząsem dla mieszkańców Słóbódki jak i całego Podola był bestialski mord dokonany z 1 na 2 lipca 1941r.,ośmiu dominikanach w Czortkowie. W nocy z 6/7 lipca tegoż roku, jedna z grup nacjonalistycznej ukraińskiej armii, zwanej banderowcami, zamordowała w niedalekich Połowcach 7 osób. Rok 1942,a zwłaszcza 1943,były latami wzrastającego napięcia, presji i nienawiści ze strony nacjonalistów. Jesienią 1943 roku, banderowcy powtórnie zamordowali w Połowcach 9 osób, a w nocy z 16/17 stycznia 1944 roku dokonano mordu na 27 Polakach, w tym 2 siostrach zakonnych ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, noc 6/7 lipca 1941 roku z niedzieli na poniedziałek kiedy mój ojciec Nestor Korczyński wciągając do mieszkania 5 letnią Lucię Pawłowską i jej matkę Marię. Tato zauważył jak banderowiec rzuca granat za uciekającą dziewczynką. Granat wybuchł tuż pod drzwiami i ranił Lucię w plecy. Na szczęście rana była lekka i po dwu tygodniach pobytu w szpitalu, dziecko wróciło do domu. Wanda Stanek – matka trojga dzieci, urodzona w Połowcach, przyjechała w rodzinne strony by pokazać synowi Józefowi te miejscach w których rozgrywała się niejedna rodzinna tragedia. Opowiada jak to zaczęła chodzić do szkoły w Połowcach, wsi gdzie w czasie wojny banderowcy dokonali najwięcej mordów. Tam też poszła pierwszy raz do komunii świętej. Będąc małą dziewczynką, byłam naocznym świadkiem tamtych mrożących krew w żyłach wydarzeń. Mieliśmy z rodzicami sporo szczęścia w nieszczęściu jakie nas spotkało. W roku 1942 spaliły się gospodarstwa na całej naszej ulicy w Połowcach, dobytek wielu ludzi. Musieliśmy się wyprowadzić do krewnych w Dżurynie. To nas chyba uratowało przed śmiercią z rąk ukraińskich oprawców. W 1944r.ojciec został powołany do wojska, przeszedł cały szlak bojowy z II Armią WP. Mama zachorowała na tyfus. Brakowało jedzenia, bieda aż piszczało. Jedliśmy wszystko to co było możliwe do zjedzenia. Kiedy dobrzy ludzie zawieźli resztki naszego zboża do młyna, mąka już do nas nie dotarła, po drodze zabrali ją banderowcy. W takich okolicznościach zginął Mikołaj Pundyk ze Słobódki, wracając z młyna w Jazłowcu, zamordowany po drodze w małej wiosce Siemińcze. Kiedy w 1945 roku wiedzieliśmy już, że musimy wyjeżdżać na Ziemie Zachodnie, mama postanowiła zrobić zapas żywności na tak długą drogę. Poprosiła mnie abym zaprowadziła naszego konia do ciotki mieszkającej w Pauszówce, gnieździe banderowców. W zamian za konia ciotka miała przekazać nam trochę mąki. Prowadziłam tego konia z 3 lata młodszą siostrą Anną (później wyszła za mąż za Jana Wełeszczuka z Trybuchowiec). Polnymi dróżkami, 9 kilometrową drogę pokonaliśmy nie bez problemów. Siostra Anna nie zdawała sobie w tym momencie sprawy z niebezpieczeństwa na jakie byłyśmy narażone. Nadchodziła noc. Obawiałam się wracać wieczorem do domu, gdyż oblatywał mnie strach na myśl, że mam przechodzić koło niemieckiego cmentarza w Połowcach (przed wojną była u nas kolonia niemiecka). Przejść tamtędy musiałam, innej drogi nie było. Spaliśmy tej nocy u ciotki, a rano z przygodami wróciłyśmy do Dżuryna.
Idziemy w stronę autokaru, czas wracać. Jak zwykle zadajemy sobie pytanie, czy nie za krótko byliśmy w Słóbódce, czy jeszcze raz tu przyjechać ? Nie żegnają nas tłumy jak w ub. roku, bo inny był charakter naszego przyjazdu, mniej oficjalny, bardziej rodzinny, prywatny. Czas płynie, ludzie odchodzą, coraz mniej jest wśród nas byłych słobódczan. Pewnie inni chcieliby tu przyjechać, lecz wiek i zdrowie już na to nie pozwala. Być może przyjedziemy tu za rok uporządkować cmentarz. Jednakże tym co dzisiaj stąd wyjeżdżają, może po raz ostatni, pozwoliło spełnić swoje największe marzenie, zobaczyć ojcowiznę i miejsce swojego urodzenia.

Eugeniusz Szewczuk

1.jpg

Oczyszczanie grobu dziadka  Antoniego Seredyszyna

1.jpg

Rozmowy z mieszkańcami wsi

1.jpg

Tu rosła grusza mówi rodzeństwo Franciszka i Jan

 

1.jpg

Wanda Stanek z trojgiem swoich dzieci