Na Kresach w Łosiaczu (2)

0
Przed kościołem w Łosiaczu

Teren Grodkowa i jego okolic po II wojnie światowej został zasiedlony w dużej mierze przez ludzi, którzy wcześniej mieszkali na Kresach. Corocznie dość pokaźna grupa byłych mieszkańców powiatu borszczowskiego na obecnej Ukrainie oraz ich potomkowie wyjeżdżają w okresie letnim w tamte rejony, by brać udział w spotkaniach upamiętniających ważne dla kresowian wydarzenia, odpusty itp. Uczestniczą w uroczystościach religijnych, zamawiając wcześniej msze święte w intencji tych, którzy tam pozostali. Jadą też tam po to, by wspomagać odbudowę tamtejszych kościołów katolickich, porządkować nasze katolickie przedwojenne cmentarze. Dbają o resztki zachowanych pomników i mogił. Jadą, by tam być szczerze witanym przez gościnnych Ukraińców, potomków swoich rodzin. Dość liczna grupa ludzi, pasjonatów Kresów, skupiona wokół osoby burmistrza Grodkowa pana Marka Antoniewicza corocznie udaje się w taką sentymentalną podróż do Łosiacza i pobliskich miejscowości w powiecie Borszczów. Jadąc w kierunku Skały Podolskiej, kilkanaście kilometrów za Czortkowem, nad niewielkim zalewem utworzonym przez spiętrzenie rzeki, która przybrała obyczajową nazwę Cyganka, leży wieś Łosiacz. Przed wojną była to wieś w połowie z polską ludnością. Góruje w niej neogotycki kościół św. Antoniego Padewskiego, zbudowany kosztem hrabiny Marii Gołuchowskiej w latach 1896 – 1906, żony Agenona, który cały swój majątek w XIX wieku skupiał wokół Skały Podolskiej. Cała historię wsi, kościoła i żyjących tam przed wojną ludzi dokładnie opisałem na łamach „Panoramy” we wspomnieniach byłych jej mieszkańców, pani Weroniki Antoniewicz – mamy burmistrza Grodkowa i pana Szczepana Walidudy; www.brzeg24pl/moje kresy. Także i w tej podróży towarzyszyła nam niezastąpiona przy takich wyjazdach, rozśpiewana pani Weronika, namawiając i zabierając ze sobą inne osoby z tamtych okolic, które do tej pory nie miały przyjemności przebywać na tej pięknej podolskiej ziemi. Wszyscy uczestnicy wyprawy brali udział w mszach świętych odprawianych przez miejscowego proboszcza ks. Włodzimierza Strogusza. Tradycyjnie uczestnicy wycieczki złożyli dobrowolne datki na dalsze funkcjonowanie tej niepowtarzalnej świątyni. Jedni mówią, że drugiej takiej szukać w średniowiecznej Francji lub Anglii. Kto po raz pierwszy zobaczy na zdjęciu ten obiekt, nawet nie domyśli się, że ta świątynia stoi opodal Borszczowa w województwie tarnopolskim i ma ledwo nieco ponad 100 lat. Większość naszych uczestników tradycyjnie została gościnnie przyjęta w zaprzyjaźnionych domach, w ukraińskich rodzinach, w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”, to do dziś znane przysłowie – które mówi mniej więcej tyle, że gościnność i szczodrość w podejmowaniu gości powinna być należyta, stąd „postaw się”, nawet jeśli oznacza to konieczność zadłużenia się w tych trudnych dla Ukraińców czasach. Z różnych względów w Łosiaczu po 1945 roku pozostała dość liczna 150-osobowa grupa Polaków. W sobotni poranek 5 lipca br. żegnała nas niewielka już grupka miejscowych. To ci, którzy dotrwali do dnia dzisiejszego przez cały czas kultywując polską tradycję na Ukrainie. Z tej okazji uczestniczący w sentymentalnej podróży razem z żoną Zofią, znany w Grodkowie miłośnik i autor wierszy o Kresach, pedagog, Janusz Rzepkowski napisał liryczny wiersz, który zadedykował przyjaciołom z Łosiacza. Jest to premiera tego utworu, po raz pierwszy na łamach „Panoramy”. Naszą tygodniową eskapadę ( 29.06.- 05.07.) rozpoczęliśmy od przejścia granicznego Krakowiec, przejazdem przez Lwów, kierując się w stronę zamku w Olesku, miejsca urodzenia króla Jana III Sobieskiego. W międzyczasie, jakby po drodze, za namową Prezesa Towarzystwa Miłośników Prus Lwowskich w Brzegu Eugeniusza Szewczuka trafiliśmy do wsi Jampil k. Lwowa, by naocznie zobaczyć tą miejscowość i kościół pw. Bogurodzicy Dziewicy, do miejsca, gdzie trafiła kopia obrazu Matki Boskiej z Prus podarowana przez państwo Iwańczuków z Brzegu tamtejszej parafii grekokatolickiej podczas niedawnych powiatowych uroczystości w kościele w Szydłowicach z okazji 70 rocznicy przymusowych wysiedleń z Kresów. Zamek w Olesku oraz pałac Koniecpolskich i Rzewuskich w Podhorcach przywitał nas grubym łańcuchem i kłódką. Okazało się, że jeszcze we wtorek Ukraińcy mieli wolne od pracy po niedzielnym państwowym Święcie Konstytucji. Jednakże wizyty w „prawosławnej Częstochowie”, czyli Ławrze Poczajowskiej i Krzemieńcu, dały pełną satysfakcję podróżującym rodakom. W miasteczku Juliusza Słowackiego, u stóp Góry Bony, zwiedziliśmy jego muzeum oraz staliśmy się naocznymi świadkami zakończenia roku akademickiego na uczelni mieszczącej się w gmachu byłego Liceum Krzemienieckiego. Poznaliśmy historię tej wielce zasłużonej placówki oświatowej dla polskiej nauki i kultury narodowej na Wołyniu. Ostatnim miejscem zwiedzania przed uroczystym wieczorem ukraińskim organizowanym w hotelu „Galicija” w Tarnopolu, była twierdza Zbaraż. Jadąc ulicami tego miasta, miałem przed sobą obraz wspomnień pani Heleny Czoppy, opowiadającej historię tego miejsca i życia na tym terenie przed i w czasie II wojny światowej. Jej wspomnienia ukazały się na łamach „Panoramy” na początku tego roku. Kolejny dzień pobytu na Ukrainie był wielkim przeżyciem dla pani Ali z Grodkowa. Na miejscowym cmentarzu leżącym we wsi Horodnica opodal Skałatu, odnalazła mocno zniszczony grób swego dziadka Władysława – legionisty Piłsudskiego. Władysław Maliszewski urodzony we wsi Wysuczka, powiat Borszczów, ożeniony z Emilią zd. Gretkierewicz, córką Michaliny i Władyslawa pochodzących ze Skałatu, wychował czworo dzieci, dwoje najmłodszych także już pomarło, Mieczysław (pochowany w Krośnie) i Zdzisław (pochowany w Grodkowie). Dziadek Władysław za zasługi na polu chwały został odznaczony Krzyżem Walecznych w warszawskim Belwederze przez Józefa Piłsudskiego. W nagrodę otrzymał też pole w pobliskiej Horodnicy, tam wspólnie z żoną pobudowali się i zamieszkali. Cmentarz polski w Horodnicy, zwłaszcza niektóre jego pomniki i nagrobki, na przekór innym polskim cmentarzom na Ukrainie, znajduje się dość dobrym stanie, jednakże i on wymaga natychmiastowej opieki i uporządkowania, inaczej popadnie w ruinę i z biegiem lat w pójdzie zapomnienie. Po wizycie na cmentarzu grupa przemieściła się do wsi, gdzie pani Ala odnalazła dom rodzinny, w którym urodził się jej dziadek, a potem ojciec Zdzisław Maliszewski. Dalsza nasza trasa wiedzie znanymi z jakości drogami Podola na zamek w Trembowli, kościół św. Stanisława biskupa i męczennika w Czortkowie, poprzez Łosiacz do Borszczowa. Miasto Borszczów to siedziba władz miejskich i powiatowych, z którym Grodków ma podpisaną umowę partnerską o współpracy i wzajemnej pomocy. Ostatnie działania wojenne na wschodzie Ukrainy stały się przyczyną do pomocy humanitarnej, jakiej udzieliło miasto i gmina Grodków swojemu miastu partnerskiemu. Kolejnego dnia, jadąc przez Skałę Podolską, nie bez trudności docieramy do innej kresowej wsi. Autobus firmy turystycznej z Grodkowa 5-kilometrową odległość ze Skały Podolskiej pokonuje z zawrotną prędkością 15 kilometrów na godzinę, stan drogi nie pozwala jechać szybciej. Wśród dojrzewających zbóż i kwitnących ziół ukazuje się nam malowniczo położona na wysoczyznowej „szyi” w przewężeniu pętli rzeki Zbrucz wieś Bereżanka. Podziwiamy kościół św. Trójcy, zbudowany przez tego samego darczyńcę, hrabinę Marię Gołuchowską oraz urzekającą panoramę granicznej rzeki Zbrucz, stanowiącej przed wojną naturalną granicę z Rosją. Tutaj po raz kolejny zawitali państwo Irena i Jan Żołyńscy, odwiedzając swoich przyjaciół. Powrót do Skały i dalej w Gusztynie nagle skręcamy w lewo. Jadący z nami potomkowie rodzin z Podola państwo Haber, na co dzień mieszkający w Danii w Aarhus, zostają niespodziewanie odnalezieni przez poszukującą ich od dwóch godzin rodzinę. Zabrani z naszego autokaru, dalszą drogą pokonują już ukraińskim środkiem lokomocji. Droga wije się jakby w pamiętnej Żelazowej Woli wzdłuż chopinowskich wierzb. Docieramy do pierwszych zabudowań we wsi Cygany, leżącej na zachód od Skały i na północ od Borszczowa. Stąd polną drogą łatwo dotrzeć do pobliskiej wsi Łosiacz. Cygany to duża i rozległa wieś stanowiąca do momentu wybuchu II wojny światowej własność Adama księcia Sapiehi. Szeroka wiejska polna droga wije się na prawo i lewo, docierając do niewielkiego stawu w środku wsi. Z pomocą narysowanej odręcznie mapki pani Ola szuka domu rodzinnego swojego ojca Kazimierza Masiowskiego, który tutaj urodził się i mieszkał do 1945 roku. Nie lada problemem staje się znalezienie w pierwszej kolejności przedwojennego, polskiego cmentarza, na którym spoczywają jej przodkowie. Niebawem docieramy do położonej na rogatkach wsi „cygańskiej puszczy” – to stary katolicki cmentarz, zarośnięty do granic możliwości wysokimi krzakami i bujną roślinnością. O znalezieniu grobu kogokolwiek z rodziny pani Aleksandry nie może być mowy. Po karkołomnych przejściach wśród zarośli udaje się nam odczytać niektóre nazwiska: Józef Polak (1854- 1902), Maria Karwacka (1919), Michał i Zofia Łazinkiewicz z Kanady. Kierujemy się do centrum wsi, mijamy stary budynek Domu Ludowego, z dala widać złocącą się kopułę cerkwi, mijamy dawny budynek szkolny i kościół filialny (parafia w Skale Podolskiej), poszukujemy dawnego domostwa Masiowskich. Pomoc przyszła niespodziewanie ze strony starszego człowieka wracającego z pola, był tak przejęty swoją rolą i chęcią pomocy, że biegł przed autokarem prawie 400 metrów w 30-stopniowym upale, pytając po drodze najstarszych mieszkańców, kto by znał miejsce zamieszkania ojca pani Oli. Przez cały czas odmawiał wejścia do autokaru w obawie zabłocenia wnętrza swoimi gumowcami. Po dokładnej analizie mapki wszyscy doszli do wniosku, że Masiowscy mieszkali jednak „na górce”. Dotarcie do tego miejsca to kolejny problem, gdyż na przeszkodzie stanęła grobla na potoku Cyganka, autokar nie przejedzie, za duży ciężar. Pomógł miejscowy „autostop” i pani Ola szczęśliwie dotarła na byłą ojcowiznę. Całodzienny pobyt w Kamieńcu Podolskim, Chocimiu i Okopach św. Trójcy kończy kolejny dzień naszego pobytu na Ukrainie. Potem spacer po lwowskiej starówce, koncert kapeli „ Lwowska Fala” i czas wracać do Polski. O wielu, jeszcze bardziej ciekawszych rzeczach celowo nie napisałem, nie uchodzi. Jednakże zachęcam niedowiarków, pojedźcie na Kresy, sami się przekonacie się, że warto, zresztą jak wiele osób z tej wycieczki. Organizatorzy ustalili już nawet datę przyszłorocznej wizyty na Podolu. Do zobaczenia za rok.
Tekst i zdjęcia: Eugeniusz Szewczuk
MATEŃKI Z ŁOSIACZA
Mateńki z Łosiacza
Ku ziemi przygięte
W kolorowych chustach
Jak obrazki święte.

Trwacie przy kościele
I przy ojców wierze
Coraz ciszej słychać
Te Wasze pacierze.

Z zadumą śpiewacie
Pieśni do Panienki
I coraz to cichsze
Są tych pieśni dźwięki.

Radością są dla Was
Święta i niedziele
I spotkanie z Bogiem
W tym Waszym kościele.

Trwajcie w tej modlitwie
Ile Bóg pozwoli
A On Wam przybliża
Niebo swe powoli.

Trwajcie przy tych pieśniach
Mateńka Was słucha
I z radością przyjmie
Kiedyś od Was ducha.

Martwi tylko jedno
Co się z Wiarą stanie
Gdy na dzwon z kościoła
Żadna z Was nie wstanie…
J. Rzepkowski 2015.07.04 na Kresach