Emilia Kulińska – Moje Kresy

17

Miasteczko leży na pograniczu dwóch odmiennych krajobrazów w samym środku Małego Polesia przy ujściu rzeczki Kamionki do Bugu, 35 km na płn.-wsch. od Lwowa. Przed wojną mieszkało w nim ponad 8 tys. mieszkańców. Zwie się Kamionka Strumiłowa. Było siedzibą powiatu, pisze w swym opracowaniu „Ziemia Lwowska” Grzegorz Rąkowski. Przez miasto przebiega linia kolejowa ze Lwowa do Łucka. Na zachód od niego ciągnie się jeden z żyznych, wyżynnych garbów z kulminacją Góry Lipowej (284m), wznoszącej się o 60-70m ponad przyległe tereny dawnych mokradeł. Na wschodzie, na tak zwanym Zabużu, leży płaska, niemal bezludna równina, którą pokrywa jeden z największych na lwowskiej ziemi, zwartych kompleksów leśnych. Od dawien dawna Kamionka Strumiłowa była w starostwie lwowskim, zwana królewszczyzną, bo prawa miejskie uzyskała już w 1448r. Działalność prowadziła tu misja franciszkanów, którzy być może założyli tu parafię katolicką, bowiem jako datę powstania wymienia się rok 1432. W 1441r. miejscowość objął w dzierżawę pochodzący z Mazowsza Jerzy Strumiłło, późniejszy kasztelan lwowski, który otrzymał to nadanie od króla Władysława Warneńczyka za zasługi w wyprawie węgierskiej. Zapewne jego staraniem Kamionka uzyskała prawa miejskie. Od tego czasu używano nazwy Kamionka Strumiłowa. Strumiłło usunął z miasta franciszkanów, ofiarując im w zamian dwie wsie. Potem ofiarował kościół parafialny i szpital, które to instytucje wybudowano poza murami miejskimi. Mijały lata różnej świetności. Szybki rozwój miasta nastąpił po wybudowaniu kolei ze Lwowa do Łucka i powstaniu w Kamionce stacji węzłowej z odgałęzieniem na Sokal. W 1896r. majątek od Mierów kupili Potoccy. Na początku XX wieku znalazł się on w ręku Brandysów, a w 1910 przeszedł do Wisłockich. Ostatnią właścicielką miejscowego majątku była do 1939r. Wanda z Wisłockich Rakowska. W okresie międzywojennym miasteczko liczyło 8 tys. mieszkańców i było stolicą powiatu w województwie tarnopolskim. Trochę to dziwne, gdyż do Lwowa było tylko 35 km, a do Tarnopola z tamtej strony spory kawałek. Po zajęciu miasta przez Niemców, latem 1941r.doszło tu do pogromu Żydów, w którym zginęło ok.200 osób. Wkrótce potem w Kamionce utworzono getto, w którym w listopadzie 1941r.zamordowano ok.500 osób, a we wrześniu 1942r.następnych 600. Jesienią 1942r. kolejne 2 tys. ludzi wywieziono do obozu w Bełżcu. Do lipca 1943r.w mieście istniał obóz pracy przymusowej dla Żydów. Podczas jego likwidacji straciło życie prawie 5 tys. ludzi. Wśród lasów na Zabużu, 5 km na wschód od Kamionki Strumiłowej, rozciąga się rozległa polana, przez którą przepływa rzeczka Jazienicki Bór. Do II wojny światowej istniały tu wsie Jazienica Ruska, Jazienica Polska, Maziarnia Kamionionecka i Berbeki. Trzy ostanie były zamieszkane w większości przez Polaków. Na przełomie marca i kwietnia 1944r. stały się celem ataku bojówek OUN- UPA, które zamordowały ok. 50 osób i spaliły większość zagród. Po wojnie wszystkie wsie, także zamieszkana przez Ukraińców Jazienica Ruska, zostały w całości wysiedlone i zlikwidowane w związku utworzeniem tam przez Sowietów poligonu wojskowego. Bug płynąc za Kamionką w kierunku płn.-zach. jakby oddala się od linii kolejowej idącej w kierunku Stojanowa. Rzeka ma tutaj naturalne kręte koryto, staje się coraz szersza, o niskich i podmokłych brzegach, po obu stronach w niewielkiej odległości towarzyszy mu las. Mija Rudę Sielecką i płynie pod miejscowość Sielec Bieńków. Jadąc w kierunku wschodnim widzimy, jak miejscami z zarośli błyskają lustra starorzecza, droga wiedzie przez jakby oddalony teren na tarasie zalewowym Bugu. Wśród łąk, piaszczystych pól, niekiedy nieużytków i mokradeł porośniętych przez kępy krzewów i oczeretu, tuż za torowiskiem stoją pierwsze zabudowania pięknej wsi Budki Niezabitowskie. Wieś przecina niewielki strumień Bobrówka, zwany przez miejscowych kanałem. Łączność z miastem powiatowym Kamionka Strumiłowa umożliwia kolej ze stacją Sielec Bieńków. Po prawej i lewej stronie drogi piękny świerkowo-sosnowy las, opodal duży tartak własność hr. Rakowskiego. Tartak to miejsce pracy wielu okolicznych mieszkańców. Niebawem mijamy leśniczówkę, w której sprawuje swój urząd i zamieszkuje nadleśniczy inż. Dobiecki, trochę dalej miejscowy cmentarz. Docieramy do dużego skrzyżowania, już z daleka widoczny jest wysoki krzyż. W tym miejscu krzyżują się drogi z Sielca, z głębi wsi Budki i idąca w kierunku wschodnim droga do Nieznanowa i dalej na Radziechów. Po I wojnie światowej Budki Nieznanowskie tworzą samodzielną wiejską gminę. Przez długi okres wójtem gminy jest Marcin Kostuj, przed wojną i w czasie największego niemieckiego i ukraińskiego terroru – Karol Żółtaniecki. W związku z reformą scaleniową 1 sierpnia 1934r. gmina Budki włączona zostaje do nowo utworzonej wiejskiej gminy zbiorowej Nieznanów z siedzibą w Nieznanowie. W skład tej gminy wchodzą następujące dotychczasowe gminy wiejskie: Berbeki, Budki Nieznanowskie, Nieznanów, Połoniczna, cześć gruntów gminy Sokale oraz grunty dotychczasowej gminy Sielec Bieńków, położone na wschód od toru kolei lokalnej Lwów – Stojanów. Dzisiaj po Budkach Nieznanowskich nie ma nawet śladu, jedno wielkie pole otoczone starzejącym się gęstym lasem. Po ludziach, którzy tu żyli i mieszkali od dawna, pozostały tylko wspomnienia i zrujnowane nagrobki przodków ukryte w gęstwinie krzaków i drzew dawnego lasu hr. Wisłockiej. Do dawnego dekanatu Gliniany należało 14 parafii, w tym parafia Matki Boskiej Szkaplerznej w Budkach Nieznanowskich, do której należało ponad tysiąc wiernych wyznania rzymskokatolickiego. Niektórzy wierni używali też nazwy kościół pod wezwaniem Matki Bożej z Góry Karmel. Jak mówią źródła pisane, szkaplerz to wierzchnia cześć habitu w niektórych zakonach w postaci szerokiego płata materiału z otworem na głowę, takiego samego, z jakiego uszyta jest tunika i zazwyczaj w tym samym, co ona, kolorze. Szkaplerz okrywa barki oraz sięga na plecy i na piersi. Noszący(a) Szkaplerz jako czciciel(ka) Matki Boskiej zapewnia sobie Jej opiekę co do duszy i ciała w tym życiu i szczególną pomoc w godzinie śmierci. Pierwotnie wieś Budki Nieznanowskie terytorialnie należała do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kamionce Strumiłowej. W 1921 roku na miejscu erygowana została samodzielna parafia. W jej skład wchodziły kaplice i kościoły filialne z miejscowości Budki Nieznanowskie, Nieznanów i Maziarnia Wawrzkowa. W połowie XIX wieku w Budkach Nieznanowskich została wzniesiona drewniana kaplica mszalna. W 1927 roku przystąpiono do budowy obszerniejszego drewnianego kościoła parafialnego. Dnia 16 lipca 1927 roku w niedzielę odbyło się poświęcenie kościoła, bowiem dzień 17 lipca jest świętem Matki Bożej z Góry Karmel, to dzień parafialnego odpustu. Konsekracji kościoła dokonał sam arcybiskup metropolita lwowski – Bolesław Twardowski, następca zmarłego w 1923r.abp.Józefa Bilczewskiego, wielki zwolennik i budowniczy wielu kościołów na lwowskiej ziemi. Cała ceremonia dokonywała się wg starego obrzędu i składała się z trzech części. Biskup pokropił zewnętrzne ściany kościoła wodą święconą i tym samym objął go w posiadanie, następnie odbyła się procesja do wnętrza świątyni. Po odśpiewaniu hymnu Veni Creator, wypisał pastorałem na popiele alfabet grecki i łaciński. Potem za pomocą gregoriańskiej wody uświęcił wnętrze kościoła, po czym odmówił tzw. prefację, w której błagał o wspomożenie Ducha Świętego. Po modlitwie nastąpiło właściwe poświęcenie murów poprzez namaszczenie olejem tzw. zacheuszków, symbolizujących 12 apostołów. Po namaszczeniu ołtarza spalono na nim kadzidło w czterech rogach i pośrodku. Równocześnie ze świątynią obok kościoła zbudowano na podmurówce drewnianą dzwonnicę. W 1933 roku dla kościoła wykonano nowy ołtarz główny Matki Bożej, tuż przed wojną w roku 1938 dach świątyni przykryto blachą w miejsce dotychczasowego pokrycia gontowego. W tym nowym Domu Bożym brakowało jedynie organów. Krótkie są dzieje nowego kościoła, dzwonnicy i odlanego dlań dzwonu, gdyż po 17 latach, w 1944 roku, w wyniku tragicznych wydarzeń we wsi, dzwon zdjęto i zakopano, by nie wpadł w ręce banderowców. Wiedziało o tym tylko kilka osób, prawdopodobnie tajemnicę miejsca zakopania zabrali ze sobą do grobu, gdyż dalsze losy budkowskiego dzwonu nie są znane do dnia dzisiejszego. Zaszczytną funkcję kościelnego pełnił pan Kołomyjski, najpierw przy pierwszym proboszczu parafii Budki Nieznanowskie ks. Szklarczyku, potem aż do kwietnia 1944 roku przy ks. Józefie Skrabalaku, byłym kapelanie wojskowym. Dużą, całkowicie polską wieś Budki Nieznanowskie zamieszkiwały 1084 osoby na 152 zagrodach, w tym jedna rodzina Ukraińca Ołeksy Wasyliuka. Mieszkała też jedna rodzina żydowska, nazywali się Mendel. Żydowskie małżeństwo miało 2 córki i syna, zajmowali się handlem.7 lutego 1932r.w maleńkim drewnianym kościółku w Maziarni Kamioneckiej, terytorialnie należącej do parafii w Kamionce Strumiłowej odbywa się uroczystość ślubna Marii, córki Julii i Marcina Poźniak z Janem Demskim, synem Karola i Katarzyny. Celebrantem kościelnej uroczystości jest proboszcz parafii Wniebowzięcia NMP z Kamionki. Huczne wesele odbywa się w domu Pani Młodej w Maziarni. Wieś to duża ze 130 zagrodami, którą zamieszkuje 689 mieszkańców w tym 473 Rusinów i 188 Polaków, pozostali to mieszkańcy pochodzenia żydowskiego. Młodzi zamieszkują u rodziców Pana Młodego – Demskich w Budkach Nieznanowskich. W takich to okolicznościach, w domu szczęśliwych młodych małżonków (Maria 24 lata, Jan 25 lat) przychodzi na świat pierworodna córka Demskich – Emilia, późniejsza Kulińska. Urodziła się 7.XII.1932r. we wsi Budki Nieznanowskie, powiat Kamionka Strumiłowa, województwo tarnopolskie.

W tym miejscu znajdował się kościół Matki Bożej z Karmelu. Na miejscu dawnego kościoła został ustawiony krzyż z dawnej świątyni parafialnej.

Emilia Kulińska z rodziną.

Gierszowice rok 1951.

Gierszowice 1957r.wyjazd na niedzielną mszę św.do kościoła parafialnego Podwyższenia Krzyża Św.w Brzegu.

 

Po ślubie i weselu mama Emilii – Maria przyszła do Demskich jako synowa i zamieszkała z mężem w Budkach Nieznanowskich. Oboje zaczęli pracować na swoim gospodarstwie.Na wiano od mojego dziadka Karola młodzi małżonkowie dostali 2 morgi pola, dokupili jeszcze trzy i tak zaczęli gospodarzyć. Mieszkali jednak w starym, krytym strzechą domu, pamiętającym jeszcze zapewne pradziadka mojego taty. Najbardziej dokuczliwe było jednak to, że chata stała na terenie pradoliny Bugu, na mokradłach, których pełno było wokół. Młodzi małżonkowie z dziadkiem postanowili, że wyprowadzą się z bagien. Stary dom na specjalnej platformie po palach przesuną na lepsze, wyższe miejsce we wsi. Nadarzała się super okazja, bowiem przesunięty dom mógł stanąć na nowo zakupionym gruncie. Większość ludzi we wsi w ten sposób postępowała, nowe chałupy stawiali na nowo zakupionych podczas parcelacji gruntach. Tak też było z częścią rodziny taty, jego młodszą siostrą, moją ciocią Antoniną, późniejszą Bełz i ciocią Bronisławą, późniejszą Bielec. Wychodząc za mąż, obie moje ciotki zamieszkały w zbudowanych czworakach, na ziemi zakupionej w 1934r. w wyniku parcelacji majątku ziemskiego. Wspaniale im się tam gospodarzyło, mieli dużo krów, sprzedawali mleko, śmietanę i ser. Doskonale pamiętam ten smak swojskiego nabiału, gdyż od czasu do czasu, na krótko przed wojną, bywałam z tatą na zagrodzie u ciotek. Gdy jechaliśmy do nich zajmowało nam to cały boży dzień, gdyż mieszkały od nas jakieś 20 kilometrów. Oprócz wymienionych ciotek, tato miał jeszcze młodszego brata Władysława oraz dwie starsze siostry Zofię i Marię. Maria wyszła za mąż za Piotra Nykuna. Mężowie obu ciotek i stryj Władek pracowali w pobliskim tartaku hrabiego Rakowskiego we wsi Sielec Bieńków i tam opodal tartaku zamieszkiwali. Nie było zbyt daleko od naszego nowego domu do ciotek, ponieważ tartak był w sieleckim lesie, a my mieszkaliśmy tuż za nim, z tą tylko różnicą, że stał po drugiej stronie kanału Bobrówka. Woda w kanale do najczystszych nie należała, bo gdyby tak było, mama z pewnością by w nim prała, nie pamiętam by kiedykolwiek tak czyniła. Przestrzegała nas zawsze, by nie zbliżać się do głębokiego, mającego strome brzegi kanału. Nieraz ciągnęło mnie w jego kierunku, zwłaszcza w lecie, gdy dojrzały wiśnie i czereśnie, bowiem brzeg kanału obsadzony był z naszej strony takimi właśnie drzewami owocowymi. W tej chwili nie pamiętam, który z ówczesnych gospodarzy jako pierwszy wyciągnął swój dom z mokradeł i przesunął na lepsze miejsce, bowiem zrobiło to kilka rodzin. Nie sposób było dłużej mieszkać na tych bagnach, ludzie często chorowali, większości dokuczał reumatyzm. Leczono się jednak tylko domowymi sprawdzonymi metodami, na lekarzy specjalistów nikt nie miał pieniędzy. Nikt jednak nie mógł odebrać im przyjemności korzystania z uroków przyrody koło swoich domostw w okresie letnim. Przepiękny śpiew ptaków, terkot bociana, szczebiot skowronka, cykanie świerszczy. Takiej przyjemności nie miał żaden mieszczuch. Zdrowie dla człowieka było i jest jednak dobrem najwyższym. Gdy tylko nadarzała się ku temu okazja, ludzie zostawiali przyrodę i przesuwali domy. Uczynili to także m.in. Semenowiczowie. Być może z powodu wilgotności i innych zjawisk zmarła najmłodsza siostra taty – Karolina. Opowiadał, że dożyła tylko 25 lat i mała bardzo długie śliczne włosy. Gdy położyli ją w trumnie, włosy sięgały jej aż do stóp. Nowo zbudowany przez rodziców dom, można powiedzieć, był już nowoczesny, gdyż kryty był blachą. Było w nim kilka pomieszczeń i kuchnia z piecem. Zbudowana obok domu stajnia przykryta była dachówką, stodoła tradycyjnie słomą. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego na Kresach stajnie i obory kryto dachówką, a dom, gdzie mieszkali ludzie -blachą? Przecież obecnie nikt o zdrowych zmysłach domu, gdzie mieszka nie pokryje blachą, a pomieszczenie dla trzody chlewnej dachówką. Widocznie przedtem rządzono się innymi prawami? W gospodarstwie rodziców były dwa konie, krowa, parę świń, owce i króliki. Tato był dziesiętnikiem. Potem już cały czas władza uznawała go za obszarnika, pomimo posiadania tylko 5 morgów pola, gdyż wybudował się na ziemi kupionej po parcelacji. Najgorzej było wtedy, gdy po wybuchu wojny nastali Sowieci. Gdzie się tylko coś w pobliżu wydarzyło, byli już u taty, wypytywali, oskarżali, że wywrotowiec, że innych buntuje przeciwko władzy. Nawet nocami chodzili wokół domu, nadsłuchiwali, podglądali, co robią domownicy. W czasie zimy dobitnie było to widać po śladach pozostawionych pod oknami. Jak wcześniej wspomniałam, mieszkaliśmy w niewielkiej odległości od lasu, za kanałem, po jego prawej stronie wśród pól i łąk. Niewielki kawałki drogi dzielący nas od głównego traktu pokonywałam najczęściej boso, oczywiście, nie porą zimową. Stał przy niej parafialny kościół, szkoła powszechna, Dom Ludowy i sklep. Chodziłam więc polną drogą wijącą się wśród pól i zagród gospodarzy. Większość domostw w Budkach Nieznanowskich była porozrzucana po okolicy. Nie było zwartej zabudowy lub jednej ulicy, przy której mieszkali by wszyscy miejscowi chłopi. Jednakże miejsce, gdzie zlokalizowany był kościół i szkoła, można by nazwać centrum naszej osady, gdzie skupiało się życie religijne, społeczne i kulturalne wszystkich mieszkańców. W niewielkiej odległości za kościołem po przeciwległej stronie drogi idącej w kierunku dużego skrzyżowania stał budynek szkolny. Nieco dalej, po tej samej stronie, co kościół, sala Domu Ludowego w nim biblioteka Towarzystwa Szkoły Ludowej (TSL) i sala, gdzie odbywały się zabawy. Szkoła, w której do nauki przeznaczone były dwie izby lekcyjne, nie była zbyt dużym obiektem. Kierownikiem szkoły był pan Józef Soliński. Uczył nas razem ze swoją żoną. Poza nimi uczyła też pani Władysława Masełkowa, która przybyła do nas ze Lwowa. Oprócz niej, był jeszcze jeden nauczyciel, lecz nie znam jego nazwiska, bo nas nie uczył. Za to doskonale pamiętam, kto z nami do tej szkoły w Budkach Nieznanowskich uczęszczał: Żółtaniecka Danuta, Smolińska Czesława, Waksman Janina, Białek Franciszek, Nowak Zbigniew, Białowąs Józef, Kurczyński Józef. Kto ze wsi chciał się dalej uczyć, musiał do gimnazjum uczęszczać do Kamionki Strumiłowej. Kto miał więcej szczęścia tj. miał zamożniejszych rodziców, korzystał z internatu gimnazjalnego. Byli jednak w Budkach tacy gimnazjaliści, że 14 kilometrowy odcinek drogi do szkoły pokonywali codziennie pieszo przez las, łącznie 28 km, aby tylko mieć możliwość kształcenia się. Kochana młodzieży, czy w czasach dzisiejszych stać byłoby kogokolwiek z Was na taki wysiłek? Niedaleko głównego skrzyżowania w Budkach stał sklep Mendla. W nim same smakołyki, nie tylko dla dzieci i najpotrzebniejsze artykuły potrzebne w gospodarstwie – lampy, nafta, łańcuchy, sznury. Rzadko przechodziłam obok sklepu, gdyż nie było mi to po drodze, od kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. Stało się to już w najtrudniejszych czasach, latach wojennej pożogi. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy we wrześniu 1939r. we wsi pojawili się Sowieci. Wybuchła wojna, więc mama bała się posyłać mnie do szkoły, w dodatku do pierwszej klasy. Opornych trzeba było upominać i pędzić do ruskiej szkoły. Wystraszoną mamę czerwonoarmiści zmusili karabinem, by córka zaczęła jednak do szkoły uczęszczać. Nie było innej rady. Uczyliśmy się na zmianę w jednej izbie lekcyjnej razem z II klasą. My najczęściej chodziliśmy rano, po nas uczyła się razem III i IV klasa. W drugiej izbie uczyła się klasa V i VI. Religii uczył nas ks. Józef Skrabalak, drugi po ks. Szklarczyku proboszcz naszej parafii pw. Matki Bożej z Góry Karmel. W trzeciej klasie ksiądz zaczął nas przygotowywać do przyjęcia Sakramentu Pierwszej Komunii Świętej. Pamiętam doskonale poranek tej majowej niedzieli 1942r. Lało jak z cebra, nam trzeba było iść do kościółka. Na uroczystość wybierała się cała rodzina, szłam z mamą. Polna droga przybrała formę wielkiego rozlewiska, błoto było niesamowite. By nie pobrudzić bucików, oczywiście szłam boso, dopiero przed naszą świątynią mama powycierała mi stopy szmatką, założyłam czyściutkie obuwie i razem z innymi weszłam do środka. Moje komunijne buciki to nic innego, jak zwykłe drewniaki ze skórzanymi białymi paskami. Ubrana byłam w skromniutką białą sukienkę, uszytą przez sąsiadkę. Poprzednią znakomitą wiejską krawcową Sowieci niezapomnianego 10 lutego wywieźli na Sybir. Chyba wraz z nią ładny materiał na moją sukienkę. Być może ten materiał zabrali z domu krawcowej ci, co ją zabierali, bo oprócz zwykłych ruskich sołdatów zawsze byli z nimi ukraińscy policjanci. We włosy mama wplotła mi wianek uwity z peryjki (małe białe kwiatuszki z mirtą). Ktoś wcześniej ściął mi włosy, by zrobić fajną fryzurę o której dzisiaj nie wspomnę, nie wypada. Pamiętam, jak za ruskiej władzy (1939-1941), gdy tylko tato odstawił zboże na skup w ramach wypełnienia kontyngentu, otrzymywało się zaraz talony na różne artykuły, coś jakby niedawne kartki. Kupowało się to potem w ich kooperatywie m.in. materiały, sól, kasze, cukier, itp. Nie inaczej było tym razem, gdy taki materiał na sukienkę mama wykupiła i zaniosła do krawcowej na początku lutego 1940r. Sukienka miała być uszyta dla mnie, a mając młodszą siostrę Janinę, która przyszła na świat w 1935r. (późniejsza Janina Bruś) było tak, że ta młodsza chodziła w sukienkach, z których starsza już wyrosła. Obowiązkiem starszej było szanowanie i dbanie o swój ubiór tak, by jak najmniej go zniszczyć. Taka była kolej rzeczy. Starsi też nie chodzili w byle czym, może nie do końca, ale np. chodzili w koszulach szytych z płótna lnianego. O sposobie wyrobu takiego płótna opowiem później. Rano skoro świt w Budkach zjawili się Sowieci razem z ukraińską policją i będących na liście mieszkańców wsi wywieźli na miejsce odjazdu transportu kolejowego. Nie wiem dokładnie, na jaką stację kolejową ich powieźli. Miałam wtedy zaledwie 8 lat. Mama jednak potem opowiadała, że na Sybir tego dnia wywieźli naszych sąsiadów Machowskich. Według mamy, z Budek Nieznanowskich na Sybir wywieźli 12 osób, dokładnie 10 lutego 1940r. skoro świt. Załomotali do drzwi chałupy, kazali się pakować i zabrać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy do podróży. Na załadunek otrzymali tylko 15 minut. Wynajętymi od gospodarzy z innych wsi saniami tzw. podwoda, wywozili ich na bocznicę stację kolejowej wśród głośnego szczekania psów, płaczu i lamentu pozostałych mieszkańców wsi.

Gierszowice 1958r.Ojciec Emilii Jan Demski podczas żniw.

Koleżanki z kursu nauczycielskiego w Brzegu 1950r.

 

Według mojej mamy, z Budek Nieznanowskich na Sybir wywieźli 12 osób, dokładnie 10 lutego 1940r. skoro świt. Załomotali do drzwi chałupy, kazali się pakować i zabrać ze sobą najistotniejsze rzeczy do podróży. Na załadunek otrzymali tylko 15 minut. Wynajętymi od gospodarzy z innych wsi saniami (tzw. podwody), wywozili ich na bocznicę stacji kolejowej wśród płaczu i lamentu pozostałych mieszkańców wsi. Zima wtedy była sroga, bardzo duże opady śniegu i tęgi, bo 30-stopniowy mróz. Wszyscy we wsi chcieli im w jakiś sposób pomóc, tylko jak? Każdy bał się, czy czasami nie przyjadą po niego, strach paraliżował wszystkie poczynania. Tato rozpalił ogień w piecu chlebowym, mama szybko napiekła chleba i opatuleni w kożuchy i chusty, z gorącym jeszcze chlebem, pojechali szukać Machowskich na stacji kolejowej. Podjechali pod bocznicę kolejową, szukając wagonu, w którym załadowani mogą być zesłańcy. Nie było to łatwe, gdyż każdy wagon był już zamknięty i oplombowany. Dostępu do nich pilnowali czerwonoarmiści w śmiesznych czapkach ze szpicem i czerwoną gwiazdą na czole. Jeden z żołnierzy widząc zbliżających się obcych ludzi, nie chcąc dopuścić sań do wagonu, znienacka kolbą karabinu uderzył konia w brzuch. Konie spłoszyły się i zerwały do ucieczki. Tato trzymając je za lejce, był pewien, że z sań nie spadnie. Natomiast mama nie mając oparcia, odziana w długą ciepłą chustę, przewróciła się na tył sań, o mało z nich nie spadając. Cześć chleba osunęła się w śnieg. Koniec chusty spadł pod płozy powodując jej rozerwanie. To zdarzenie o mało nie spowodowało wciągnięcia mamy pod sanie, mały włos i doszłoby do nieszczęścia. Dużo czasu trzeba było zanim konie wróciły do równowagi. Rodzice wrócili z niczym, przywożąc tylko zamarzniętych na kość parę bochenków chleba do domu. Po powrocie mama swoją ciepłą chustę jakimś cudem zeszyła i długo potem jeszcze jej służyła. Przywiozła ją nawet tutaj, na Ziemie Zachodnie. W ciągłym strachu, z myślą, czy nie przyjdą po nas, trzeba było żyć i pracować dalej. Nikt przecież nie mógł wyręczyć rodziców w normalnej pracy na gospodarce. Orka, siew i zbiór plonów to była nasza codzienność. Strzyżono owce robiąc z ich wełny ciepłe wyroby w postaci pledów, skarpetek, makatek. Z wełny wyrabiano także modne w tamtych czasach ścienne kilimy, zdobiące ściany wielu pomieszczeń. Niektórzy robili to na większą skalę, mając dodatkowe źródło dochodu, bo sprzedawali wszystko na targowisku w Kamionce Strumiłowej. Targi tygodniowe odbywały się co drugi wtorek, natomiast słynne na całą okolicę jarmarki kamioneckie tylko 3 razy w roku: 19 stycznia, 8 maja i 10 września. Do naszego powiatowego miasteczka z Budek Nieznanowskich było jakieś 14 km. Jechało się koło tartaku w Sielcu, dalej przez Jazienicę Polską i Gaik do miasta. Do tartaku hr. Rakowskiego drzewo dostarczano z okolicznych lasów, wożąc pnie kolejką wąskotorową w tym celu zresztą zbudowaną. Ludzie często wykorzystywali puste przebiegi kolejki, by pojechać do lasu na grzyby i jagody. Wielu naszych gospodarzy siało len, by z niego robić nici lniane, potem szyć koszule i dodatkowo z ziaren tłoczyć olej lniany potrzebny w gospodarstwie domowym. Do spożycia bardzo zdrowy i jak to się dzisiaj określa- ekologiczny. Nawozu pod jego uprawę nie stosowano, ewentualnie w niewielkiej ilości obornik. Większość gospodarzy obornik przeznaczała pod uprawę ziemniaków, bo po jego zastosowaniu plon był lepszy i większy. Stosując płodozmian, dopiero na drugi rok po ziemniakach siano len czy też konopie, wykorzystywane może w mniejszym stopniu niż włókno lniane. Z konopi robiono głównie liny i sznurki. Po wojnie len siano też tutaj, w Gierszowicach, gdzie obecnie mieszkamy. W Pępicach był gospodarz, który z ziaren lnu tłoczył olej. Nazywał się Stanisław Tymków, pochodził ze Słobódki Dżuryńskiej, powiat Czortków. Ażeby jednak z ziaren lnu uzyskać olej i mieć dobre płótno lniane, trzeba było go najpierw zasiać. Na własne potrzeby rodzinie wystarczyło obsianie lnem powierzchni około 10-15 arów. Aby len był najlepszej jakości, zbiór musiał nastąpić 2 do 3 tygodni po kwitnieniu, kiedy łodyga była już żółta, a nasiona wykształcone, ale nie dojrzałe. Zbyt późne wyrwanie lnu, kiedy słoma nabiera już brązowej barwy, a nasiona „dzwonią” w torebkach, powoduje, że włókno jest zdrewniałe, kruche, bez połysku i nieelastyczne. Len z naszego pola należało ręcznie wyrwać, nie wolno było go kosić. Wyrwany len układało się garściami na ziemi i od razu sortowało na trzy rodzaje słomy. Tak pozostawał przez 24 godziny, aby len stężniał i nie powyginał się przy suszeniu. Potem, aby len dobrze wysechł, nie wiązało się go w snopki, lecz suszyło na stojąco przez 2 do 6 dni w tzw. ”daszkach”. Wiązało się go dopiero po wysuszeniu, wtedy nie pleśniał i dobrze się przechowywał. Chcąc z lnu uzyskać olej, trzeba było go teraz odziarnić na specjalnie zrobionym z drzewa grzebieniu. My tradycyjnie młóciliśmy cepem w stodole na klepisku, z tym, że len położony był główkami na płachcie. Plewy od nasion oddzielaliśmy też ręcznie, używając do tego celu szorstkiego płótna. Tato opowiadał, że we wsi tylko 2 gospodarzy posiadało dużą wialnię, inni używali młynków lub tryjerów ze specjalnie wyprofilowanymi sitami do nasion lnu. We wsi nie brakowało mokradeł i bagien, na których len moczono, by potem łatwo było oddzielić włókna od paździerzy, czyli od zdrewniałej części łodygi. Po zmianie koloru słomy z żółtej na szarą, po około 3 tygodniach moczenie należało zakończyć. Zdarzyło się też, gdy nie było zbyt sprzyjających warunków pogodowych do moczenia, bowiem najlepszy czas przypadał od połowy sierpnia do połowy września, że pleśnie i grzyby niszczyły włókno. Len wtedy nadawał się tylko do palenia w zimie w piecu, woda bowiem musiała mieć temperaturę powyżej 20 stopni C. Słomę lnianą układało się na dnie, aby nie wypływała na wierzch, przykrywano ją słomą zbożową i obciążano kamieniami. Po kolejnym wysuszeniu, słomę trzeba było połamać, następowało międlenie w międlicy i trzepanie na terlicy. Wtedy uzyskiwano odpady włókna krótkiego, zwane pakułami, z których tkało się prześcieradła i worki. Lepsze wytrzepane włókno było następnie czesane i poddane uprzędzeniu nici. Pozostawało już tylko tkać. W naszym domu nie było krosien, przygotowaną osnowę mama zawoziła do Maziarni Kamioneckiej do brata Stanisława Poźniaka. Wujek Staszek posiadał warsztat tkacki, za którym ciocia zasiadała przez całą zimę. Tkanie trwało przez cały post, co lepsze bardziej wybielone włókna nadawały się na piękne lniane koszule.

Terror nacjonalistów ukraińskich zaczął się wzmagać nie tylko na naszym terenie powiatu kamioneckiego. Już w lecie 1943r. dochodziły nas wieści o pożarach i mordowaniu Polaków na pobliskim Wołyniu. Z domu do domu przekazywano informacje o „rzezi wołyńskiej” z 11 lipca 1943r. Łuny pożarów widoczne były coraz bliżej Budek wraz z falą uciekających z Wołynia rodzin. Ci, których nie zdążyli wywieźć na Sybir Sowieci, byli w pierwszej kolejności mordowani przez ukraińskich banderowców – leśnicy, gajowi, nauczyciele. O los swoich rodzin obawiał się nasz gajowy Juryta i leśniczy Planeta. Komórka Armii Krajowej działająca w naszej wsi wcześniej pomyślała, by rozpocząć działania mające na celu obronę wsi i jej mieszkańców. Niemieckie represje poszły w kierunku unicestwienia Żydów. Wspominałam, że wywożono ich z Kamionki Strumiłowej do obozu zagłady w Bełżcu. Wyłapywano Żydów z całej okolicy i umieszczano w obozie pracy przymusowej. Od momentu publicznych łapanek rodzina żydowska Mendel z Budek ukrywała się w pobliskim lesie. Tragiczny los spotkał najpierw ojca i syna. Pani Mendelowa znająca się z moją mamą, przychodziła ukradkiem pod nasz dom, skąd zabierała pozostawione dla niej mleko i jajka. Pomagaliśmy im, jak tylko można było. Zimą 1942/43 wszystko się zmieniło, od kiedy najpierw Sowieci, potem Ukraińcy i Niemcy zaczęli mieć na oku nasz dom i mojego tatę. Rodzice bali się, że wywiozą nas na Sybir, pomimo że wieś okupowali Niemcy, nie ruscy. We wsi powstała samoobrona, jej organizatorami byli: miejscowy nadleśniczy, kapitan AK, inż. Dobiecki i nasz proboszcz ks. Józef Skrabanek, były kapelan wojskowy. W marcu 1944r.samoobrona skutecznie odpierała ataki bojówek UPA, gdyż nie były to liczne i zmasowane natarcia, lecz pojedyncze napady na ludzi np. samotnie jadących przez las, pracujących na polu. Diametralnie zmieniło się, gdy 20 marca 1944r. przybywające z Wołynia banderowskie sotnie usadowiły się w naszym powiecie we wsi Sokole, skąd regularnie dokonywano napadów na polskie wsie leżące na terenie powiatu kamioneckiego. 25 marca 1944r. dokonano napadu na Maziarnię Wawrzkową, mordując ponad 20 osób. Dwa dni później spalono wieś Berbeki i Turki. Podobno kierownictwo OUN-UPA zażądało od Niemców, aby do 6 kwietnia 1944r. wszyscy Polacy, bez wyjątku, opuścili te tereny. Sytuacja wszystkich Polaków uległa znacznemu pogorszeniu. Wszystkie drogi, zarówno polne, jak i szosy opanowane zostały przez policję ukraińską, ostschutzów, którzy byli zwyczajną bandą wspieraną przez Niemców. Wypowiadali się jawnie, że będą wyrzynać polską ludność, w myśl powiedzenia „Ukraina bude no bez Lachiw”. Naszą obronę wspomagały niekiedy oddziały sowieckiej partyzantki. Wydaje mi się, że w przypadku Budek Nieznanowskich partyzantka zamiast pomóc mieszkańcom naszej wsi i bronić przed napadami upowców, sprowadziła na nas jeszcze większe nieszczęście. Wykonywali oni bowiem swoje zaplanowane zadania, w tym przypadku wysadzanie w powietrze transportów wojskowych jadących na front wschodni, uszkadzanie torów kolejowych idących ze Lwowa na Radziechów. 28 marca przeszło przez naszą wieś duże zgrupowanie sowieckiej partyzantki liczące ponad 400 ludzi. Potem szukali dogodnego miejsca, by wysadzić niemiecki skład wojskowy. Zmusili bronią niektórych mieszkańców wsi do pokazania im w lesie mostku na kanale i tam szykowali zasadzkę na Niemców. Miejscowa komórka AK z inż. Dobieckim i ks. proboszczem mając informacje z pierwszej ręki ze wsi Sokole (sztab banderowców), doskonale wiedziała, kiedy i z której strony napadną na wieś banderowcy. Od przeszło 2 tygodni kobiety, starcy i dzieci nocowały w lesie i na terenie tartaku, gdzie była niemiecka obsługa do ochrony toru kolejowego.

Mąż Emilii podczas służby wojskowej.

 

Miejscowa komórka AK z inż. Dobieckim i ks. proboszczem mając informacje z pierwszej ręki ze wsi Sokole (sztab UPA), doskonale wiedziała, kiedy i z której strony napadną na naszą wieś banderowcy. Od przeszło dwóch tygodni kobiety, starcy i dzieci nocowali w lesie i na terenie tartaku, gdzie była niemiecka obsługa do ochrony toru kolejowego. W domu przy dobytku pozostawał zwykle jeden mężczyzna, by w razie napadu mógł szybko wyprowadzić w bezpieczne miejsce bydło i samemu schronić się w lesie. Następnego dnia po przemarszu, ukryci w lesie partyzanci oczekiwali na przejazd niemieckiego transportu wojskowego. Torowisko i mostek na Bobrówce zostały zaminowane, jednakże zbyt szybkie odpalenie ładunków wybuchowych spowodowało, że Niemcy zorientowali się w zasadzce i rozpoczęła się strzelanina. Najpierw zastrzelono maszynistę pociągu, mógł to być nawet Polak, bo Niemcom brakowało dobrych maszynistów, jednakże pomocnik zdołał doprowadzić skład na stację kolejową w Chołujowie, gdzie powiadomiono niemiecką jednostkę ochrony kolei. Partyzanci sowieccy zdołali się już wycofać. Sztab bandy UPA mając także rozeznanie co do miejsca pobytu sowieckiej partyzantki, sądził, że będą oni w dalszym ciągu wspierać samoobronę w Budkach Nieznanowskich. Dlatego zmasowanych ataków banderowcy zaczęli dokonywać dopiero w nocy z 6 na 7 kwietnia 1944 r. wiedząc, że Sowietów we wsi już nie ma. W Wielki Piątek, 7 kwietnia, w wyniku napaści banderowców zginęło z ich rąk 10 mieszkańców. My także baliśmy się przebywać w nocy w naszym domu, dlatego razem z mamą każdej nocy spaliśmy u ciotek w tartaku. W dzień wracaliśmy. Miałam wówczas 12 lat, siostra – 9,brat tylko 3.Tato zabezpieczał gospodarstwo na każdą ewentualność, rozebrał wóz, ściągnął z niego koła, tak naprawdę nie wiem do dzisiaj, po co? Zostawał sam w domu, bo sądził sam szybciej ucieknie przed nacierającymi banderowcami. W tym czasie sowiecka partyzantka dokonała jeszcze kilku akcji sabotażowych na torach kolejowych. Ukraińcy celowo donosili Niemcom, że było to dziełem Polaków, mieszkańców Budek. Jak wiele poprzednich, noc z 8 na 9 kwietnia większość mieszkańców wsi spędziła w pobliskim lesie w przeróżnych kryjówkach. Ci, co pozostali, wczesnym rankiem, a była to Wielkanoc, udali się do kościoła na Rezurekcję. Czy msza się odbyła, nie mam pewności, bowiem nastąpił ostateczny atak banderowców na Budki Nieznanowskie. Nie mogąc sobie poradzić ze skutecznymi działaniami samoobrony, Ukraińcy powiadomili garnizon niemiecki w Kamionce Strumiłowej, że Polacy mają broń i we wsi wybuchła strzelanina. Bezzwłocznie przybył do Budek niemiecki oddział Wermachtu, jego dowódca nakazał, by wszyscy bez wyjątku mieszkańcy do godziny dziesiątej opuścili wieś. Jednakże ks. proboszcz widząc zbliżających się Niemców, nakazał obrońcom wioski natychmiastowe wrzucenie broni do wody, by nie zostać przez Niemców rozstrzelanym na miejscu. Na nic się to jednak zdało. Broń, która tak skrzętnie była przechowywana i pokątnie kupowana od Niemców z pobliskiego lotniska w jednej chwili została utracona. Lotnisko zlokalizowane było w pobliskiej Maziarni Karańskiej, tuż za domem mieszkającej obecnie w Gierszowicach pani Rozalii Machowskiej zd. Wilgosiewicz. W czasie wielkanocnego napadu banderowców na naszą wieś zginęło dalszych 11 mieszkańców m.in. państwo Żołyńscy, którzy osierocili pięcioro dzieci oraz ojciec mojego taty, czyli mój dziadek, Karol Demski. Wieść o ewakuacji lotem obiegła całą wieś. Ci, co wiedzieli o natychmiastowym wyjeździe mieli możliwość zabrania ze sobą dobytku i wszystkiego, co mogli załadować na furmanki. Ci, których nie było we wsi, chowali się po lasach, takiej możliwości nie mieli, ba, nawet o tym nie wiedzieli. Bydło, konie, trzoda chlewna i pozostały gospodarski dobytek pozostawał na zagrodzie, gdyż ukrywający wracali dopiero na dzień. Ci, co bezpiecznie przedarli się przez kordon pilnujących wsi Niemców i ukraińskich policjantów, zabrali ze sobą przynajmniej część dobytku. Niemcy wyznaczyli miejsce zbiórki na drodze koło tartaku w Sielcu. Nas, jak wspominałam, nie było we wsi, nocowaliśmy u ciotek na tartaku. Na mszę rezurekcyjną w Wielkanoc w imieniu całej naszej rodziny miał pójść tato. Banderowcy zaatakowali wieś od strony Jazienicy, tak jak zresztą spodziewała się nasza samoobrona. Gdy ucichła strzelanina i do wsi dotarł oddział Wermachtu, tato przedostał się do domu i zaczął pakować dobytek na drogę. Zanim złożył rozebrany wóz, tzn. założył koła, nałożył deski i zatykały, zabrał trochę zboża, mąki i inne najpotrzebniejsze na podróż rzeczy, nim dotarł na miejsce zbiórki, ogromny konwój wyruszył przez las do Kamionki Strumiłowej. Kawalkada furmanek i ludzi, wśród płaczu dzieci i szczekających psów, w asyście Niemców i Ukraińców opuszczała tartak w Sielcu Bieńkowie. Nikt z opuszczających wieś mieszkańców nie zdawał sobie sprawy, że już nigdy w takim stanie jak ostatnio widział, nie zobaczy ojcowizny. Wykorzystując zamieszanie oraz nieuwagę policji ukraińskiej, wielu młodych ludzi, wśród nich eskortowany ks. Józef Skrobalak, proboszcz naszej parafii, zdołało zbiec z konwoju i ukryli się w lesie. Ksiądz Skrobalak błąkając się wraz z innymi uciekinierami parę dni po lesie, po przedostaniu się do Kamionki Strumiłowej, wyjechał do swojej matki do rodzinnego Temeszowa pow. Brzozów. Ciężko ranny podczas napadu ukraińskich nacjonalistów na wieś Temeszów, gdzie pełnił posługę duszpasterską w miejscowej kaplicy, zmarł następnego dnia, 28 maja 1944r.w szpitalu w Sanoku. Napadu i spalenia wielu domów we wsi dokonała sotnia „Hromenki”- porucznik UPA Michajło Duda, urodzony w Srokach k. Tarnopola w 1921r. Wielu mieszkańców dzisiejszych Gierszowic pamięta i wspomina w modlitwie bohaterskiego księdza proboszcza. W domu nie było też ojca mojego taty – Karola Demskiego. Poprzedniego dnia w Wielką Sobotę powiedział do taty: – Ty pilnuj gospodarstwa, ja idę do kuzyna mieszkającego za lasem. W momencie pokonywania leśnego odcinka drogi, tuż za Budkami został zastrzelony przez banderowski patrol. Od tamtego momentu nikt go już żywego nie widział. Prawdopodobnie został odnaleziony przez któregoś z ukrywających się w lesie mieszkańców Budek i tam na miejscu, w lesie pochowany. Nikt nie znał też dokładnego miejsca pochówku mojego dziadka Karola. Zanim tato na zawsze opuścił nasze gospodarstwo, napotkał na dwie poważne przeszkody, które niewątpliwie przeszkodziły mu w szybkim zebraniu się do drogi. Mieszkaliśmy tuż za kanałem Bobrówka, w niewielkiej odległości od lasu. Tato w momencie składania wozu za stodołą napotkał na silny ostrzał ze strony lasu, prawdopodobnie banderowców lub Niemców. Udało mu się szczęśliwie zaciągnąć furmankę bliżej stajni i tam rozwiązać drugi problem. Ostrzeliwana stodoła wyglądała jak podziurawione sito, z nowej dachówki praktycznie nic nie zostało. Czasu urodzin podobno się nie wybiera. Podczas gdy tato był gotowy do drogi, oźrebiła się nasza klacz, nie chcąc iść sama, bez źrebięcia, parskała i rżała. Tato owinął źrebaka w derkę, położył na wozie i zmusił kobyłę do wymarszu na tartak. Sądził też, że jak konwój opuścił tartak, my nie musimy jechać za nimi i pozostaniemy na miejscu. Niemcy byli jednak innego zdania, przydzielili nam do ochrony przed banderowcami jednego uzbrojonego żołnierza i ruszyliśmy w drogę. Wcześniej na furmankę załadowaliśmy jeszcze cały dobytek ciotki Maryśki i Zośki oraz wszystkie dzieci tak, że trudno było się na tym wozie pomieścić. Dla mnie też miejsca nie starczyło i razem ze starszymi szłam pieszo. Dodatkowo prowadziłam naszą krowę, tak jakby nie można jej było przywiązać do wozu. To była moja prawdziwa udręka. Niedawny harmider i strzelanina spowodowała, że krasula bała się wszystkiego, stawała i szarpała się, w końcu podniosła ogon do góry i uciekła. Złapaliśmy ją przy pomocy moich ciotek, gdyż oprócz taty, nie było z nami żadnego mężczyzny, inni ukrywali się w lesie. Gdy zbliżaliśmy się w naszym małym konwoju do Kamionki, dotarła do nas informacja, że Niemcy po doprowadzeniu wszystkich na plac dokonują selekcji ludzi. Rozdzielają mężczyzn i młode kobiety od starców i dzieci, ładują ich do bydlęcych wagonów, chcąc wywieźć do łagru i na roboty do III Rzeszy. Wtedy tato celowo zatrzymał wóz, pod kobyłę położył źrebaka, by go nakarmić. Niemiecki żołnierz zawrócił i zaczął wrzeszczeć na ojca – Raus, Schnell ! Tato po swojemu spokojnie zaczął tłumaczyć Niemcowi, że źrebię jest głodne, więc musi się nassać, inaczej koń dalej nie pójdzie i że zaraz dotrzemy tam gdzie nas prowadzi. Gdy otumaniony żołnierz zniknął za zakrętem, tato zawrócił wóz i z całym dobytkiem wąską drogą przez park uciekliśmy z konwoju. Ciocie zeszły z furmanki i udały się szukać schronienia w nieznanym dla mnie kierunku. Mężów obu ciotek nie było z nami, gdyż także od dawna ukrywali się w lasach. Mama ze mną i moim rodzeństwem kątem zamieszkała u pani Józefy Waksman, byłej mieszkanki Budek, która wyszła za mąż do Kamionki. Razem z nami u Waksmanów była także Kalina – czerwona krowa, którą mama musiała przecież codziennie doić. Tak jak w pamiętnym filmie „Sami swoi” krasula później dotarła z nami do Gierszowic i jeszcze przez wiele lat była naszą żywicielką. Jadąc transportem przesiedleńczym pamiętam, że z mleka w bańce w wyniku kołysania się wagonu robiło się zawsze masło. Boże, co to była za frajda jeść takie masełko, nie to co obecnie. Tato z furmanką i koniem ukrył się na przedmieściu Kamionki we wsi Sapieżanka u znajomego Ukraińca. Tak, tak, u znajomej rodziny ukraińskiej. Zgromadzonych na placu w Kamionce mieszkańców Budek i innych miejscowości poddano, jak wspomniałam, segregacji. Wszystkich zdolnych do pracy załadowano na stacji do wagonów i wywieziono najpierw do obozu przesiedleńczego w Żurawicy k. Przemyśla, potem do pracy w III Rzeszy, najczęściej w rolnictwie. W obozie w Żurawicy dała o sobie znać ludzka solidarność przejawiająca się w niesieniu pomocy drugiemu człowiekowi. Miejscowy Polak Józef Inglot, narażając swoje życie, uratował wielu Polaków od wywózki do Rzeszy, niekiedy od śmierci. W momencie naszej ucieczki z niemieckiego konwoju nagle wszyscy zwrócili uwagę na unoszące się nad lasem kłęby czarnego dymu. To płonęła nasza rodzinna wieś Budki Nieznanowskie.

Siostry Demskie z matką Antoniną.

 

W momencie naszej ucieczki z niemieckiego konwoju nagle wszyscy zwrócili uwagę na unoszące się daleko nad lasem kłęby czarnego dymu. To płonęła nasza rodzinna wieś Budki Nieznanowskie. Dzieło prowokacji banderowców oraz ukraińskich oddziałów SS-Schutzendivision-Galizien. Płonęły wszystkie zabudowania. Opowiadali potem ci, co pozostali w pobliżu wioski ukryci w lesie. Nie mogli znieść ryku bydła, kwiku trzody chlewnej, żywcem palonej w zamkniętych gospodarstwach. Niewiele też mogli pomóc zwierzynie, gdyż wieś otoczona była szczelnym kordonem żołnierzy Wermachtu. Niemcy spalili wszystkie domy, pozostał tylko nasz drewniany kościół. Relacjonowali też inni starsi mieszkańcy naszej wsi mówiąc, że przydzielony do pacyfikacji Budek jeden z niemieckich oficerów, prawdopodobnie katolik, podlegający dowódcy oddziału Wermachtu w Kamionce Strumiłowej Kreishauptmannowi Joachimowi Nehring, po przybyciu do miasta, udał się do proboszcza parafii Wniebowzięcia NMP. Następnie przydzielił ks. Władysławowi Baczmadze, jednemu z wikariuszy parafii, konwój żołnierzy i polecił zabrać pozostawiony w czasie mszy rezurekcyjnej w Budkach Najświętszy Sakrament. Ksiądz Baczmaga przywiózł Najświętszy Sakrament i szaty liturgiczne do kościoła w Kamionce Strumiłowej. Po tym fakcie Niemcy dopełnili dzieło zniszczenia, spalili również nasz kościół pw. Matki Boskiej Szkaplerznej. Należy także dodać znamienny fakt łączący owo wydarzenie i przynależność do obecnej naszej parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Brzegu. Drugim z wikariuszy parafii w Kamionce Strumiłowej w owym czasie, obok ks. Baczmagi, był nasz śp. ks. prałat Kazimierz Makarski. Urodzony w Kołomyi w rodzinie kolejarskiej 11 kwietnia 1914r., święcenia kapłańskie przyjął w Katedrze Lwowskiej 26 czerwca 1938r., po czym został skierowany do pracy duszpasterskiej właśnie w Kamionce Strumiłowej. W okresie II wojny światowej za swoją działalność w obronie ludności polskiej władze sowieckie oraz nacjonaliści ukraińscy wydali na ks. Makarskiego dwa wyroki śmierci. Znany był jako gorliwy patriota i żarliwy kaznodzieja. To może wskutek tego, by nie narażać księdza Kazimierza na atak ze strony banderowców, do Budek po Najświętszy Sakrament wysłano wikariusza, ks. Władysława. W tym tragicznym okresie w Budkach Nieznanowskich banderowcy zamordowali łącznie 21 mieszkańców, spalono wszystkie 152 zagrody, wypędzono ok.800 mieszkańców. W sąsiedniej wsi Sielec Bieńków zamordowano 31 ludzi, spalono 201 zagród i wysiedlono ponad 1050 mieszkańców. Był przymus pracy, każdy zdrowy człowiek musiał pracować, mnie także zmuszono do pracy na rzecz Niemców. Patrole niemieckie chodziły po domach i zdolnych ludzi wyciągali do pracy. Widząc nadchodzący patrol, mama schowała mnie w dużym kufrze. Gdy do naszego pomieszczenia weszli Niemcy, byłam tak ciekawa, co się wokół dzieje, że podniosłam wieko i było po sprawie. Mamy nie zabrali, gdyż musiała opiekować się moim małym bratem. Do moich obowiązków należało obieranie ziemniaków w stołówce niemieckiego garnizonu. Niekiedy z przymusowej pracy wracałam bardzo ucieszona, ponieważ od „dobrych” niemieckich żołnierzy dostałam parę kostek cukru, czasem czekoladkę. Z różnych stron dochodziły tragiczne wiadomości o poczynaniach banderowców. Niemal wszystkie wioski należące do parafii Kamionka Strumiłowa zostały spalone. By nie dopuszczać do dalszej rzezi, władze niemieckie zmuszały Polaków do opuszczania tych ziem. Niemieckie transporty wojskowe parły jeszcze na front wschodni, brakowało jednak taboru, maszynistów i parowozów. Jednakże gdy tylko Polacy wyrazili chęć wyjazdu, Niemcy w ciągu kilku dni taki transport organizowali i wywozili Polaków na Zachód. Już dzisiaj nie wiem, kto z naszych dał znak wyjazdu. Sami się organizowaliśmy, na własną rękę szukaliśmy odpowiedniego adresu. Ktoś słyszał, że w okolicach Przemyśla i Sanoka można znaleźć lepsze, tymczasowe miejsce do przeżycia tej straszliwej wojny. Każdy przecież wierzył, że niebawem wszystko wróci do normy i tak jak staliśmy, wszyscy chcieliśmy natychmiast wracać na ojcowiznę. Doskonale wiedzieliśmy, że wszystko we wsi zostało spalone i rozgrabione. Ukraińcy zabierali wszystko, wyłapywali przerażone bydło i konie. Wrócić tu musieliśmy, na zgliszcza, by zacząć od nowa żyć na swoim. Załadowaliśmy się w Kamionce Strumiłowej już na początku maja 1944r. wyruszając w nieznane. W bydlęcych wagonach po kilka rodzin, z jednej strony ludzie, po przeciwnej bydło i konie. W podróży towarzyszyła nam rodzina Żółtanieckich. To nie był zwykły przejazd na miejsce i wysiadka. Jechaliśmy dość długo, transport co chwilę zatrzymywał się w szczerym polu, przepuszczał inne pociągi jadące na wschód. Mama wykorzystywała każdą nadarzającą się okazję, by coś ugotować. Wyciągała kociołek, robiła stos z kamieni, tato zapalał drobne gałązki i szybko coś dla nas gotowali. Z czego? Na pewno to, co każdy mógł szybko przy torowisku znaleźć, lebiodę czy pierwszy wiosenny szczaw. Niejednokrotnie pociąg znienacka ruszał i zawartość kociołka pozostawała niedogotowana lub trzeba było ją szybko wylać. W tragicznych warunkach sanitarnych przez Przemyśl i Krosno dotarliśmy do Rymanowa. Na bocznicy kolejowej kazali się wyładować i wszyscy się rozproszyli. Jak Romowie, tabor furmanek objeżdżał okoliczne wsie, gdzie każda rodzina szukała dla siebie schronienia. Przyjechaliśmy do wsi Bzianka w powiecie krośnieńskim. Przyjęła nas do siebie rodzina dzieci – sierot, czworo chłopaków i dwoje dziewcząt. Oboje rodzice na początku wojny zmarli na tyfus. Niektórym naszym osadnikom, byłym mieszkańcom Budek, los jakby wyznaczył nowe miejsca zamieszkania do końca swojego życia, bowiem związali się uczuciowo z tamtymi mieszkańcami. Marysia Semenowicz wyszła nawet za mąż za mieszkańca Bzianki, nazywał się Krępulec. We wsi była szkoła, przez jeden rok pobierałam w niej nawet naukę. Coraz częściej dochodziły do nas informacje, że na tzw. Ziemiach Zachodnich przydzielają osadnikom całe gospodarstwa z polem. Niektórzy uparci mieszkańcy postanowili wracać do Budek. Docierali jednak tylko w okolice Przemyśla i byli zawracani. Nie zezwalał na to ówcześnie powołany Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Nasza rodzina razem z innymi postanowiła udać się na Ziemie Odzyskane. Zorganizowany został nowy transport chętnych do wyjazdu, tym razem z Przemyśla. Powtórnie ogromny tabor wozów ciągnął do wyznaczonego miejsca w Przemyślu, by po kilku dniach koczowania w wagonach, wyruszyć dalej. Przez Katowice, Opole dotarliśmy pod koniec sierpnia 1945r. na stację kolejową Wrocław-Psie Pole. Niebawem dowiedzieliśmy się, że sporo byłych mieszkańców Budek znalazło schronienie w pobliżu Brzegu, w Gierszowicach. Gdy dotarliśmy na miejsce wiele domów w Gierszowicach było już pozajmowanych, bowiem wcześniej dotarły tu rodziny: Białek, Smoliński, Herba. Do wsi przybyli 9 maja 1945r. i mieli jeszcze możliwość posadzenia ziemniaków. Nasi ludzie po raz pierwszy mieli możliwość obejrzenia nowego sposobu sadzenia kartofli w taki sposób, jak to robili Niemcy. Tam na Kresach sadzono za pługiem, natomiast tutaj miejscowi sadzili w rowkach i przysypywali płużkiem, aczkolwiek nie brakowało ludzi sadzących ziemniaki w tradycyjny sposób. Cześć ludzi z naszego transportu pozostało w okolicach Wrocławia i tam się osiedliła. Tato zajął w Gierszowicach gospodarstwo pod nr 72. Było z nim trochę kłopotów, bo dotychczasowy niemiecki gospodarz nie raczył nas do siebie wpuścić. Dopiero po interwencji sołtysa, Niemiec ustąpił i niebawem wyjechał. Zamieszkałam z rodzicami i młodszą urodzoną w 1935r. siostrą Janiną – obecnie Bruś oraz najmłodszym bratem Władysławem. Zaczęłam kontynuować naukę w Brzegu, gdyż musiałam ukończyć szkołę powszechną. Następnie uczęszczałam do Liceum Ogólnokształcącego, wzięłam udział w kursie nauczycielskim, ponieważ brakowało nauczycieli. Po sześciu miesiącach i ukończeniu kursu otrzymałam angaż nauczycielki w szkole w Chróścinie Opolskiej. Uczyłam tam przez 2 tygodnie, jednak komplikacje zdrowotne nie pozwoliły mi dalej pracować w zawodzie nauczycielskim. W 1951r. wyszłam za mąż za Tadeusza Kulińskiego, brata Emilii Semenowicz. Mieszkaliśmy z moimi rodzicami. Mąż był mechanikiem i pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Brzegu. Gdy powstała Spółdzielnia Kółek Rolniczych przeniósł się do pracy w Pogorzeli. Pracował na etacie i gospodarzyliśmy na 4 ha ziemi przepisanej nam przez teściową. Ciężka praca na roli zaczęła dawać wymierne efekty. Teraz się mówi, że pracując na polu nikt nie dorobił się jeszcze kokosów. Przyznam szczerze, że gdyby nie nasze gospodarstwo, ciężka w nim praca, nie kupilibyśmy z mężem tego obejścia, gdzie obecnie mieszkam z synem, synową i wnukami. Nabyliśmy to gospodarstwo od pani Herbowej i w sumie mieliśmy ponad 9 ha dobrej ziemi. Urodziła się nasza córka Lucyna, późniejsza Sorokowska, niestety zmarła w 1984r. Później po Lucynie urodziły się bliźniaki: Jan i Zdzisław, a po nich najmłodszy Ireneusz. Naszymi synowymi zostały Helena Iżewska, Maria Skotnicka i Małgorzata Litwin. Jestem bogatą babcią, doczekaliśmy się 9 wnuków i 7 prawnuków. Najmłodszą prawnuczką jest obecnie Antonina. Urodzony w 1926r. w Budkach Nieznanowskich mój mąż Tadeusz zmarł 16 listopada 1986r.i pochowany jest na gierszowickim cmentarzu. Nadal mieszkam w Gierszowicach gm. Olszanka. Pięknieje nasza wieś, miejscowość rodzinna naszych dzieci, wnuków i prawnuków. Znamienne są słowa umieszczone na tablicy Stowarzyszenia Rozwoju Lokalnego „Teraz Gierszowice”, zbudowanej w ramach realizacji Lokalnej Strategii Rozwoju obszaru Brzeskiej Wsi Historycznej na lata 2007-2013 – „Starsze pokolenie Gierszowic to repatrianci ze Wschodu, zesłańcy z Sybiru, oraz ludność napływowa z różnych regionów Polski tj. woj. rzeszowskiego, kielecczyzny. Droga i przybycie na miejsce było w tych latach niezwykle uciążliwe, w warunkach trudnych i prymitywnych, opuszczali swoje rodzinne strony tj. Budki Nieznanowskie, Lwów, Jazienice, Kołomyja, Stanisławów. Dla jednych przystankiem był Przemyśl, wieś Żurawica, Bzianka, Rymanów Zdrój, dla innych Opole, Brzeg, Wrocław. Mieszkańcy podkreślają, że nie opuścili swojej ojczyzny, lecz zostali siłą wyrzuceni z miejsc swojego urodzenia. Obecnie przyszło im żyć w nowych warunkach na nowej ziemi, ziemi urodzonych tutaj dzieci i wnuków, mimo sentymentów zdążyli zapuścić korzenie w tą ziemie i pokochali ją jak własną matkę rodzicielkę.” Ta piękna Ziemia to przodków spuścizna, to nasza droga najmilsza Ojczyzna.
Wspomnień wysłuchał: Eugeniusz Szewczuk
Osoby pragnące by napisano o ich życiu na Kresach, proszone są o kontakt ze mną tel. 607 565 427 lub e-mail pilotgienek@wp.pl

 

Ojciec z Emilią i jej bratem Władysławem.

 

Ojciec Emilii – Jan Demski.