Pasjonaci Kresów

0

Liczna grupa kresowian – potomkowie rodzin zamieszkujących niegdyś dużą podolską wieś Łosiacz w dawnym powiecie borszczowskim, województwa tarnopolskiego, skupiona wokół osoby Burmistrza Grodkowa Pana Marka Antoniewicza, corocznie udaje się w sentymentalną podróż do tej wsi i pobliskich miejscowości. Jadą, by uczestniczyć w różnych uroczystościach upamiętniających ważne dla kresowian wydarzenia także, by wspomagać odbudowę tamtejszych kościołów, porządkować przedwojenne cmentarze. Jadą, by odświeżyć pamięć o ludziach ciężko tam pracujących i żyjących na prastarej ojcowskiej ziemi.


Za każdym razem jadą z nimi coraz to „nowsze” osoby, które do tej pory nie były na Kresach, a których przodkowie pozostawili w różnych zakątkach pięknego Podola swoje, niekiedy duże majątki, którzy tutaj na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej, spoczywają na cmentarzach z dala od rodzinnego domu. Przybysze dbają o resztki zachowanych pomników i mogił, gdyż czas zrobił swoje, od 1945 roku minęły już przecież 70 lat. Jadą, by za każdym razem być szczerze witanym przez gościnnych Ukraińców, potomków polskich rodzin, którzy tutaj pozostali nie wyjeżdżając na prastare ziemie piastowskie. Tak chciał los, złączył często ich rodziny z Ukraińcami. Głęboko w duszy i myślach u niejednego pozostaje żal i boleść po stracie najbliższych, utraconych w wyniku mordów banderowców spod znaku UPA. Dzisiaj zostało ich niewielu ze 150 osób, które tu w Łosiaczu pozostały razem ze swoim księdzem proboszczem Kazimierzem Holickim, zostali i tu zapewne dokończą swojego ziemskiego żywota. Kilkanaście kilometrów za Czostkowem, jadąc w kierunku Skały Podolskiej, nad niewielkim zalewem utworzonym przez spiętrzenie rzeki, która przybrała obyczajową nazwę Cyganka, leży ta wieś do której podążamy – Łosiacz. Historia tej wsi w okresie przedwojennym i do roku 1945 została dokładnie opisana we wspomnieniach ludzi urodzonych w tej wsi, Szczepana Walidudy i Weroniki Antoniewicz pn. ”Moje Kresy”. Tradycją też jest, że w tej trudniej i wyczerpującej letniej eskapadzie jak zwykle bierze udział niezmordowana mama burmistrza – Pani Weronka Antoniewicz. Tu się urodziłam i tutaj mieszkałam na tzw. Mazurówce, obok domu z zieloną studnią – pokazuje rdzenna łosiaczanka.

Początek sentymentalnej wycieczki był zgoła odmienny od poprzednich, które rozpoczęły się w 1999 roku. Cały pierwszy dzień pobytu na Ukrainie poświęcono na zwiedzenie dwóch pięknych miejsc. Zaczęliśmy wcześnie rano, gdy na zamku w Żółkwii piały jeszcze koguty. Żółkiew, miasto królewskie Jana III Sobieskiego, jakby zapomniane, leżące na uboczu wszelkich tras turystycznych współczesnej Ukrainy. Długą historię tego pięknego miasteczka przypomniała nam pani Ludmiła – była Prezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej Oddział Żółkiew. Potem był Lwów ze swoimi cudownymi zabytkami i cmentarzami: Łyczakowskim i Orląt Lwowskich. Dzień kończono godnie przy dźwiękach lwowskich melodii w wykonaniu kapeli „Lwowska Fala” i gościnności polskiej restauracji „Kupoł” prowadzonej przez panią Beatę Pacan Sosulską.

Nazajutrz czekała nas długa 330 kilometrowa droga ze Lwowa do Łosiacza, która biegła przez zamki i pałace tzw. Złotej Podkowy – Olesko, Podhorce, Złoczów. Aby jedna z uczestniczek wyjazdu razem z córką mogła dotrzeć do rodzinnego domu w Pawłowie k. Brzeżan musieliśmy zboczyć z głównej trasy i dostać się tam jak najszybciej, bo wieczorem czekali już na nas mieszkańcy Łosiacza na czele z księdzem proboszczem Włodzimierzem Stroguszem. Trzeba było wybierać, jechać dłuższą ponad 100 kilometrową trasą lub szybciej dotrzeć do powiatowych Brzeżan robiąc duży skrót drogowy. Wybrano to drugie i … po raz kolejny trafiliśmy na ukraińską rzeczywistość, krócej to nie znaczy szybciej. Odcinek drogi Złoczów – Brzeżany (34 km) pokonaliśmy w rekordowym czasie 2,5 godzin, dodatkowo po drodze zostaliśmy zatrzymani przez ekipę naprawiającą uszkodzony odcinek drogi we wsi niedaleko miasteczka Przemyślany. Był czas na rozmowy z tamtejszymi mieszkańcami i ekipą drogową szuflującą gorący asfalt. Czyja technologia naprawy dróg jest korzystniejsza, polska czy średniowieczna ukraińska. Brzeżany, centrum pięknego rynku, z przedwojennym polskim ratuszem. Kto był to widział, czas w tym niesamowitym miejscu zatrzymał się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Nad nieremontowaną starówką góruje odnowiony przez mieszkańców partnerskiego Kluczborka kościół farny. Warto wrócić do tego pięknego zakątka Podola, bowiem z dawien dawna to siedziba rodu Sieniawskich i Potockich. Po krótkiej wizycie w Brzeżanach mogliśmy jechać dalej, lecz zabrakło jednego kresowiaka. Tak upodobał sobie ukraiński ślub i wesele i gdyby nie musiał jechać dalej w rodzinne strony, to zapewne pozostałby w Brzeżanach na dłużej i do Młodoszowic wróciłby z inną ekipą. Późno wieczorem dotarliśmy do Łosiacza i naszej stałej bazy noclegowej w zajeździe „Zatiszok” w Borszczowie.
Kolejny dzień to pobyt u rodzin i znajomych w Łosiaczu, Bereżance, Cyganach i Gusztynie. Każdy uczestnik wycieczki został szczerze zaproszony do ukraińskich domów, kto tylko miał ochotę mógł korzystać z gościnności u pani Ludy i Eugenii oraz niezwykle sympatycznej pani Romki. W ukraińskich domach też jest stosowana zasada „zastaw się, a postaw się”. To znane powiedzenie mówiące o gościnności i szczodrości w podejmowaniu gości dalej jest kultywowane, mimo olbrzymich trudności gospodarczych i politycznych na Ukrainie. W kolejnych dniach uczestnicy wycieczki zwiedzili kolejno: Skałę Podolską, Kamieniec Podolski, Chocim, Okopy św. Trójcy, Baworów i Tarnopol. W drodze powrotnej dotarliśmy do „ukraińskiej Częstochowy”, Sanktuarium Matki Boskiej w Zarwanicy k. Buczacza. Warto było dotrzeć do „grekokatolickiego Lourdes”. Pięknie położone wśród sosnowych lasów miejsce maryjnego kultu rocznie odwiedza go ponad 2 miliony pielgrzymów, nie tylko z zachodniej Ukrainy – także z Polski i innych ościennych państw. Ośrodkiem maryjnego kultu ta niewielka wieś stała się już XIII wieku. Według jednego z podań w 1240 roku trafił tu mnich uciekający ze spalonego Kijowa. Śpiąc ujrzał we śnie Matkę Boską. Gdy się obudził, zobaczył ikonę Matki Bożej z malutkim Jezusem. Mnich uznał to za cud i zbudował dla ikony kapliczkę. Przy kapliczce wytrysło źródełko mające uzdrowicielską moc i szybko uznano je za cudowne. Zarwanica stała się znana w okolicy i szybko otoczył ją kult wiernych, który trwa do dzisiaj. Bardzo ciekawe są dzieje tego cudownego miejsca w okresie po II wojnie światowej, gdy Sowieci zamurowali źródełko. Nasza grupa trafiła w Zarwanicy na grekokatolicką uroczystość poświęcenia wody. Co było potem, dowiecie się sami ? Za rok powtórnie odwiedzimy to miejsce maryjnego kultu i wiele innych pięknych miejsc w Stanisławowie i na Pokuciu w Kołomyi.

Galeria:

Tekst i zdjęcia: Eugeniusz Szewczuk