Jak się czegoś naprawdę chce to można wszystko! Wywiad z Anną Antoniewicz.

0
1574

Ania Antoniewicz to niezwykle utalentowana, młoda aktorka. Pochodzi z Grodkowa i jako uczennica uczestniczyła w zajęciach artystycznych Klubu Wojskowego w Brzegu. Za rolę Snajperki w spektaklu, pt. „Wojna nie ma sobie nic z kobiety” (Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach), otrzymała prestiżową nagrodę. Spektakl obejrzeć można było we wtorek (15.10) w Grodkowie i w środę (16.10) w Brzegu. W wywiadzie dla naszej redakcji, aktorka opowiedziała o swojej drodze do szkoły aktorskiej, kreacjach scenicznych, a także o tym czy ludziom z małych miejscowości jest trudniej osiągnąć sukces w branży artystycznej.


Najpierw studia w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, potem angaż w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i prestiżowe nagrody… skąd się wzięło Pani zainteresowanie aktorstwem?

Właściwie chyba jeszcze z czasów dzieciństwa. Niedawno moja wychowawczyni z podstawówki przyniosła mi zeszyt, w którym każdy z klasy wpisywał kim chciałby zostać w przyszłości. Napisałam tam, że nie wiem czy będę tancerką, piosenkarką czy aktorką, zobaczymy w przyszłości. No jak się okazało zostałam aktorką, więc tak naprawdę od dziecka chodziło mi to po głowie. Inspiracją dla mnie było chyba wszystko dookoła. Właściwie wszędzie śpiewałam, tańczyłam, grałam. Dosłownie każda kałuża była dla mnie inspiracją… W każde święta w domu, obowiązkowo musiałam zrobić jakieś przedstawienie. Do odgrywania ról angażowałam swoją młodszą siostrę, kuzynostwo, sama byłam wtedy reżyserką, mówiłam im co mają robić, sama pisałam scenariusze. Nie mam pojęcia skąd się to u mnie wzięło, ale po prostu się wzięło… samo z siebie.

Uczęszczała Pani na zajęcia artystyczne Klubu Wojskowego w Brzegu. Tam kształciła Pani swoje umiejętności wokalne…

Zgadza się i tak naprawdę wiedzę i umiejętności zdobyte w Klubie Wojskowym wykorzystuję do dzisiaj. Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić Grześka Bukowskiego i Panią Janę Koronkiewicz, bo tak naprawdę to oni mi otworzyli oczy na takie profesjonalne podejście do tego zawodu i samego kształcenia głosu i jestem im za to bardzo wdzięczna. Dodatkowo, chciałabym tutaj wspomnieć jeszcze o jednej instruktorce – pani Marii Dorocie Herman z Brzeskiego Centrum Kultury, która przygotowywała mnie na konkursy recytatorskie. Jej również chciałabym z tego miejsca serdecznie podziękować.

Pochodzi Pani z Grodkowa. Myśli Pani, że ludziom z małego miasta trudniej jest zaistnieć w świecie aktorskim i pracować w branży? Musiała się Pani zmierzyć z jakimiś trudnościami?

Pamiętam jedno takie zdanie, kiedy dostałam się do szkoły teatralnej, ale o tym za chwilę… Generalnie do szkoły teatralnej bardzo trudno dostać się za pierwszym razem. Przyjmuje się około 30-stu osób na pierwszy rok. Wtedy kiedy ja zdawałam, na jedno miejsce było aż 30-stu kandydatów! Miałam naprawdę wyjątkowe szczęście, że dostałam się za pierwszym razem – od razu po maturze. A wracając do zdania, które tak zapadło mi w pamięć… Jeden z moich starszych kolegów, który dostał się do szkoły chyba za trzecim razem powiedział: „Ty jesteś szczęściarą, dostałaś się za pierwszym razem. Co ty możesz wiedzieć o tym jak to się trudno dostać?”. Cóż… odpowiedziałam mu, że on – mieszkaniec dużego miasta mógł regularnie chodzić do teatru, czy uczęszczać na różnego rodzaju zajęcia. Miał do nich łatwiejszy dostęp. Żeby dostać się do najbliższego teatru musiałam pokonać kawał drogi – prosić rodziców żeby mnie podwieźli lub jechać autobusem, z tym, że np. ostatni autobus z Brzegu do domu odjeżdżał o godzinie 16:00. Nie było możliwości, żebym mogła ot tak sobie zobaczyć spektakl, który mnie interesuje. To wiązało się z koniecznością wyjazdu do Opola albo do Wrocławia. Pochodzenie z małego miasta jest sporym utrudnieniem. Ludziom z małych miejscowości trudniej jest uczęszczać na zajęcia teatralne, które zwykle odbywają się w większych ośrodkach. Ja i tak chodziłam na zajęcia, głównie dzięki moim rodzicom, którzy byli bardzo cierpliwi i wytrwali w tym, że regularnie mnie wozili, poświęcili swój czas. Uważam, że miałam bardzo dużo szczęścia, że dostałam się do PWST za pierwszym razem, ale też wcale nie oznacza to, że w związku z tym, że tylko raz stawałam przed komisją było mi łatwiej. Było to okupione poświęceniem zdecydowanie większej ilości czasu i pracy, żeby się przygotować i zdać egzaminy wstępne.

Jakie wskazówki mogłaby Pani przekazać młodym, marzącym o pracy aktorskiej adeptom

sztuki pochodzącym z małych miast?

Jak się chce to można wszystko… Jeśli się naprawdę wierzy i jest się pewnym tego co chce się robić w życiu to naprawdę można wszystko. Uważam, że swoją ciężką pracą i wytrwałością można dojść do tego co nas satysfakcjonuje. Ja w to mocno wierzę i trzymam się tej zasady.

Za rolę Snajperki w spektaklu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” otrzymała Pani prestiżową nagrodę na 4. Festiwalu Debiutantów Pierwszy Kontakt w Toruniu. Jak Pani przygotowywała się do tej roli? Czy traktować ją można jako trampolinę do kariery?

Na początek przeczytałam książkę Swietłany Aleksijewicz (pod tym samym tytułem co spektakl – przyp. red.) i pierwsze co powiedziałam po lekturze to to, że nie ma opcji żeby to zagrać. Nie wyobrażałam sobie, żeby zrobić spektakl na podstawie tej książki, myślałam, że to nie jest możliwe, że nie mam prawa, że nie przeżyłam czegoś takiego i boję się wchodzić w takie rejony, klimaty. Potem w teatrze obejrzeliśmy bardzo dużo filmów, przeczytaliśmy dodatkowe publikacje, wywiady i dalej miałam takie przeczucie, że ja tego nie przeżyłam i nie umiem odtworzyć takich emocji. Nie byłam przekonana czy powinnam się wcielać się w taką postać, sztucznie udawać kogoś, bo nie byłoby to ani autentyczne ani przekonywujące i nie wyobrażałam sobie tego. Na szczęście Ela Depta (reżyserka spektaklu – przyp. red.) miała pomysł taki, że zrobimy ten spektakl z pewnym takim dystansem i właściwie… zdystansujemy się od tych postaci. Tak też się stało. Później przyszła nagroda, która ogromnie mnie zaskoczyła. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się takiego wyróżnienia, bo wiedziałam jakie spektakle startują wtedy w tym Festiwalu. Było totalnym zaskoczeniem, szczególnie, że w tym spektaklu gramy bardzo zespołowo… Czy była to trampolina w mojej karierze – zobaczymy (śmiech – przyp. red.).

Rola w filmie, spektaklu kostiumowym, czy może kreacja w obrazie z nurtu science-fiction lub nowoczesnym thrillerze? Jakie są Pani aktorskie marzenia?

Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Tak naprawdę każda rola jest innym wyzwaniem i za każdym razem poznaję jakąś inną siebie i … nie umiem odpowiedzieć na to pytanie… jeszcze… Być może kiedyś będę umiała.

Kto i dlaczego jest Pani aktorskim autorytetem?

Śmiało mogę odpowiedzieć, że moi koledzy z Teatru, ale tak naprawdę do każdego spektaklu, do każdej roli, przygotowuję się inaczej. Za każdym razem poznaję nowe nazwiska, nowe filmy i inspiruję się zupełnie czymś innym. Za każdym razem ktoś inny jest dla mnie inspiracją.

Słychać opinie, że jest Pani odrobinę podobna do aktorki Agaty Buzek. Czy takie porównania nie denerwują Pani?

(śmiech – przyp. red.) Tak słyszałam! Słyszałam też, że jestem podobna do Tildy Swinton, Magdy Popławskiej i… bardzo mi to pochlebia, bo cenię te aktorki i uważam, że są wspaniałe i bardzo mi miło. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś stworzy taki film, w którym będziemy mogły zagrać wszystkie razem! (śmiech – przyp. red.)

Która z dotychczasowych ról była najbardziej wymagająca i najtrudniejsza dla Pani?

Nie wiem… Każdy spektakl jest zupełnie inny i każda rola to kolejne wyzwanie. Za każdym razem co innego jest ode mnie – jako aktorki – wymagane i stawiane są mi inne zadania. W tym momencie przygotowuję się do kolejnego spektaklu i mam wrażenie, że to już jest ten najważniejszy i najbardziej wymagający. Potem – mam nadzieję – przyjdzie następny spektakl i kolejną rolę pewnie znów traktować będę jak rolę życia… itd., itd. Każda kreowana przeze mnie postać jest dla mnie ważna i jest wyzwaniem.

Ani Antoniewicz plan na przyszłość – seriale i telewizja czy teatr i scena?

Czas pokaże. Zobaczymy…

Dziękujemy za rozmowę.