Lądowanie w pokrzywach

0

 Ażeby trafić w płytę Okęcia schodzenie z pułapu 12 kilometrów rozpoczyna się już nad Krakowem. Boeing 767 nagle odchyla lotki wywołując w kabinie sensacyjne wibracje. Człowiek przyfruwający z dalekiego – o jakieś dwie i pół godziny (hi, hi) lotu – świata ma prawo do wyidealizowanego obrazu ojczyzny, sielankowego widoczku odmalowanego wytęsknieniem i strachem, czy aby tym razem technika nie zawiedzie i ponad dwustuosobowa zawartość latającej maszyny nie roztrzaska się o beton lotniska.

Ażeby trafić w płytę Okęcia schodzenie z pułapu 12 kilometrów rozpoczyna się już nad Krakowem. Boeing 767 nagle odchyla lotki wywołując w kabinie sensacyjne wibracje. Człowiek przyfruwający z dalekiego – o jakieś dwie i pół godziny (hi, hi) lotu – świata ma prawo do wyidealizowanego obrazu ojczyzny, sielankowego widoczku odmalowanego wytęsknieniem i strachem, czy aby tym razem technika nie zawiedzie i ponad dwustuosobowa zawartość latającej maszyny nie roztrzaska się o beton lotniska. 

Lukając na przybliżającą się Ziemię, zapewne gdzieś ponad Włoszczową, przyuważyłem realistyczny obłoczek – personifikację wiecznie zadowolonego z siebie Gosia, spokojnie płynący ponad polami i nieuregulowanymi rzekami, tudzież urokliwymi pagórkami ukwieconymi ostem i macierzanką. Baranek, niczym kadzidlana woń, szybko rozpełzł się odsłaniając mazowieckie wierzby płaczące (gruszek z takiej wysokości nie dostrzeżesz) i poorane – niczym czoło Wassermanna – zagony, poprzecinane polnymi duktami. Wstęg odhumanizowanych autostrad, spinających beznamiętnie sąsiednie państwa, wypatrzyć nie zdołałem. Może przez to, że poza krajem byłem krótko, a zresztą – to jeszcze nie ten moment. Mamy czas, do Euro 2012 pozostaje Długich-Pięć-Lat. Zdążymy!
Wiem, trochę przepoetyzowałem: podniebne chmurki, landszafty, nostalgia. Bynajmniej nie wstydzę się śmiesznego sentymentalizmu, osobliwej słabości wywodzącej się z tęsknoty za zwyczajnością. A więc jestem: tu na Ziemi i tu w Brzegu.

 

Zastanawiam się – ile czasu musi upłynąć by człowiek powracający poczuł, co to znaczy utracony raj? Czy takim rajem jest ojczyzna numerowana rzymską czwórką, mająca za wicepremierów gości dziwnych i niewytłumaczalnych w tym sensie, że nieprzekładalnych na języki obce? Kraj z premierem szczycącym się tytułem doktora nauk prawnych, który, by tytuł ów zdobyć, musiał (!) zdać egzamin cząstkowy z ekonomi politycznej socjalizmu i z jakiegoś lektoratu. Jeśli nie z rosyjskiego, to dlaczego – do licha – nie rozmawia z Bushem po angielsku a z Zapatero po hiszpańsku? Oj, ktoś tu się wstydzi języka Leonida Breżniewa w którego epoce zasilił szeregi wykształciuchów a teraz robi za ideologiczną dziewicę. Ja też się rumienię, ale dlatego, że po rosyjsku nie rozmawiam tak biegle, jakbym tego chciał.
Kiedy leniuchowałem na śródziemnomorskich plażach szef naszego rządu spotkał się z premierem Hiszpanii p. Zapatero. Mimo kurtuazyjnych uścisków prawic politycy się nie dogadali. Podglądając telewizyjne migawki mimowolnie stałem się uczestnikiem niecodziennej scenki, która odegrała się w autostradowym zajeździe. Zerkający w ekran przypadkowi podróżni (Hiszpanie, Niemcy, Francuzi), w tym grupka Polaków, na widok obu polityków, pozujących reporterom z tradycyjnie splecionymi rąsiami – wybuchli gromkim śmiechem. Nie czuję iberyjskiego poczucia humoru, ale rechot telewidzów był wyjątkowo solidarny. I bynajmniej nie to było komiczne, że wysoki spotkał się z niskim (i pewnie nie chodziło o wysoki w Hiszpanii i niski w Polsce dochód narodowy). Jako ten patriota w swoim felietonowym rozumku wykombinowałem: przecież José Luis Rodríguez Zapatero jest podobny – no właśnie! – do Rowana Atkinsona, czyli prześmiesznego Jasia Fasoli! A nasz premier? Też aktor, oczywiście były, tylko że dziecięco dramatyczny i mało komediowy, a więc nic do śmiechu.
Co ja tu o głowach państw, przecież głowa boli i z innych powodów. W poszukiwaniu lokalnych newsów podglądam macierzysty portal www.brzeg.com.pl. I co? Szmat wirtualnej przestrzeni zajął Zbigniew „Pinokio” Dobosz. A na dyskusyjnych forach emocje gorące niczym w subtropikalnym Elche. Brylują: Dziennikarzyna i PK (z PPB), krótki (zdaje się, że to okolice omykowe) oraz Stary Unita (tożsamość wciąż skryta). Wszystkich chciałby pogodzić G.O., leniwie omelanujący pod moją nieobecność.
Zwaśnionym chcę coś podszepnąć. A czy to ważne z jakiej politycznej stajni pochodzi dany polityk? Oczekujmy by był skuteczny i dla ogółu pożyteczny. Nie napawa mnie wstrętem fakt, że Huczyński i Stefański potrafią dogadać się ponad rozgorączkowanymi głowami. Przeciwnie. Jeśli panowie mają wolę porozumienia – chwała im za to. Dajmy spokój radnemu Doboszowi. Dręczenie człowieka spycha go w marazm. Może i przestanie rozmijać się z prawdą, ale wtedy już nic nie będzie musiał robić. Polityk prostolinijny i prawdomówny to nie polityk a popierdułka przecież.
Od momentu przystąpienia do UE Hiszpania kwitnie. Pomimo górzystego terenu posiada niewyobrażalną sieć autostrad. Ilość mostów, tuneli i praktycznych rozjazdów powala. Tysiące rond przekładających się na setki kilometrów bezkolizyjnego ruchu. Iluż – pytam – hiszpańskich Huczyńskich wykreowało się za pomocą reklamowych banerów z rondem w tle? Zaczekajmy zatem na Studio Odnowy Biologicznej Ogonka, Park Rozrywki Tyczyńskiego i Centrum Kongresowe Dobosza, stwórzmy warunki do sensownej debaty. 

 

Leszek Tomczuk
www.brzeg.com.pl