Winowajcy – Maria Konopnicka i Piotr (1)

0

 

Winowajcy – Maria Konopnicka i Piotr (1)

Poświęcone ś.p. Piotrowi Balickiemu

Moje dzieciństwo było podobne do dzieciństwa Piotra, prawie mego rówieśnika, bo starszego ode mnie tylko o rok. Obaj byliśmy synami rodzin chłopskich żyjących w tej samej wsi kresowej. I już od siódmego czy ósmego roku życia byliśmy – jako dzieci – narażeni wraz ze swoimi rodzinami na śmierć z rąk naszych pobratymców. Stale ukrywaliśmy się przed nimi. Przeżywaliśmy tragedię naszej wsi, po czym ocaleni z pożogi i mordu zostaliśmy z najbliższymi eksrepatriowani na zachód, na tak zwane Ziemie Odzyskane. Tam osiedliśmy się: Piotr z rodziną na wsi, ja w mieście. I nasze losy rozeszły się. Ja uczyłem się w miejskiej szkole, on w wiejskiej. Wzrastaliśmy w różnych środowiskach. Ja potem udałem się do wielkiego miasta na studia. On pozostał na wsi i pracował na rodzinnym gospodarstwie.

Po tragicznych przeżyciach na wschodzie, pięciu latach wojny i okupacji, poznaliśmy zadziwiający dla nas stan ducha nieznane nam od lat poczucie bezpieczeństwa, Od dawna nie spaliśmy tak spokojnie, jak w poniemieckich domach, na zachodzie nowej Polski. Byliśmy wtedy pewni, że w nocy nie usłyszymy walenia w drzwi przez banderowców i ich głosów.

Ja na nowym miejscu osiedlenia mogłem chodzić do kina, bywać na występach zespołów teatralnych, tanecznych i chóralnych. Piotr ze swoimi rówieśnikami na wsi nie mieli takich możliwości. Byli zdani na siebie. Dlatego Piotr namówił ich na urządzenie w wiejskim klubie, który dotychczas świecił pustkami, imprezy kulturalnej i zabawy. Ta impreza w zamyśle miała wyrwać mieszkańców wsi z inercji kulturalnej. Na zebraniu koła Związku Młodzieży Polskiej, Piotr, przewodniczący Związku i aktyw postanowili wraz z całą miejscową młodzieżą przygotować przedstawienie sztuki teatralnej.

Jaka to była sztuka, którą przygotowywali młodzi w klubie?
Piotr
już nie pamięta jej treści, tylko tytuł – „Baśka”.

O ile pamięć piszącego te słowa nie zawodzi, sztuka ta została zamieszczona w gazetowym wydawnictwie materiałów dla zespołów amatorskich i była rozwinięciem słów naszego hymnu narodowego: „Już tam ojciec do swej Basi / Mówi zapłakany – / Słuchaj jeno, pono nasi / Biją w tarabany.” Piotr zapamiętał aktorów tego przedstawienia. A byli nimi: Janina Andruszków, Kazimierz Małakowicz, Kazimierz Rzadkowski, Władysław Snowyda, Jadwiga Szynklarz, Michalina Żołnowska, Kazimierz Żołnowski i Rudolf Żołnowski.

Wszystko tego wieczoru poszłoby dobrze, gdyby młodzi nie zapomnieli, że ich wieś, zwana Miejscem, nie jest samotną wyspą, Dziesięć lat potem, wraz z Armią Czerwoną i sowieckimi służbami specjalnymi, przyszło ze wschodu nowe zło, któremu na imię były komunizm i bolszewizm. To zło ogarniało i przenikało życie jednostek i zbiorowości ludzkich, I to ono sprawiło, że moi ziomkowie stali się współsprawcami dramatycznego wydarzenia. Ale głównymi „winowajcami” tego, co stało się w nocy z niedzieli na poniedziałek, zaraz po świętach Bożego Narodzenia, na przełomie lat 1955 i 1956, byli: Maria Konopnicka, autorka patriotycznego wiersza „Rota”, śpiewanego jako drugi hymn Polaków oraz Piotr, pomysłodawca zaśpiewania „Roty” w świetlicy po przedstawieniu.

Sztukę „Baśka” młodzież przygotowywała do wystawienia na scenie, i równocześnie uczyła się na pamięć słów „Roty” i jej melodii. A miano ją zaśpiewać „dla pokrzepienia serc i zaznaczenia przynależności Ziemi Śląskiej do Polski”. Na tę ziemię oni, Zaburzanie, przybyli, aby na niej żyć. I tutaj, na Śląsku, chcieli poczuć się pewnie. Po wypędzeniu ich z ziem wschodnich

Rzeczypospolitej przez Sowietów i banderowców innego miejsca na świecie nie było. Dlatego Piotr, mimo pewnej indoktrynacji ideologicznej i światopoglądowej, jakiej był poddany na szkoleniach Związku Młodzieży Polskiej, nie wykazał dostatecznej – jak wtedy mawiano czujności ideowo-politycznej. Jako przewodniczący koła ZMP nie zwrócił dostatecznej uwagi na powtarzający się refren wiersza Marii Konopnickiej wzywający pomocy Boga. A to przecież, jak głosiła oficjalna propaganda, Związek Radziecki ze Stalinem na czele zdobył polskie ziemie kresowe dla Ukraińców, Białorusinów i Litwinów, a Polakom za to dał ziemie na zachodzie, zabierając je Niemcom. Ale Piotr i jego ziomkowie uznali, że „Rotę” trzeba koniecznie zaśpiewać.

Na przedstawieniu było dużo młodzieży ze wsi Miejsce i okolic. Po
długich oklaskach
dla tych, którzy zagrali swoje role w sztuce,
wszyscy wstali i zaśpiewali w powadze i skupieniu „Rotę”. Potem
tańczyli.

Ta impreza zakończyłaby się dobrze, gdyby nie donos jednego miejscowego ormowca, który poinformował Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Namysłowie o przygotowywaniu we wsi Miejsce przedstawienia i śpiewaniu zakazanej wówczas „Roty”. W ten wieczór przyjechali do wsi trzej ubecy. Jeden z nich nazywał się Machynia. Czy było to jego prawdziwe nazwisko czy pseudonim? Nie wiadomo.

Piotr zmęczony przygotowaniami imprezy wyszedł z sali, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Ubecy, którzy nie ujawnili do tej pory swojej obecności, tylko na to czekali. Z wyraźnym zamiarem ujęcia go i chyba pobicia. Ale on w porę zorientował się w sytuacji i wbiegł do sali, w sam środek tańczącego tłumu. Za nim wbiegli funkcjonariusze UB. Wtedy Piotr uciekł dalej – za ladę bufetu. Tańczący mężczyźni, widząc to i odgadując zamiar goniących Piotra, natarli na nich z tyłu i wcisnęli w kąt sali. Wszyscy stłoczeni tam siłowali się ze sobą, przepychali i dyszeli z wysiłku. Miejscowi kupą pchali się na ubeków. Stanowili zwartą masę i nie trzeba było wielkiej odwagi, żeby nacierać tłumem. Ci z przodu byli naciskani przez tych z tyłu. A chłopi nabierali sił w tym zbiorowym napieraniu. Atakujący miastowych ubeków dzielili się ze sobą swoim lękiem i odwagą i to ich połączyło w jedną nierozerwalną całość. Tłum także z powodu liczebnej siły, miał tej odwagi więcej niż napastująca Piotra trójka funkcjonariuszy. Tak więc po kilku chwilach nie można było już powstrzymać chłopskiego napierania na przeciwników. I w końcu przeważyli miejscowi. Przycisnęli przybyszy z miasta tak mocno do ścian kąta, że tamci prawie nie mogli się ruszyć.

W tłoku i ścisku trzej ubecy usiłowali wyciągnąć broń, nie zdołali jednak tego zrobić. Franciszek Żołnowski odebrał jednemu pistolet, gdy ten sięgał ręką do kabury, a widząc go ubranego w żołnierski płaszcz z guzikami z orzełkami w koronie, pomyślał, że ubek musiał go komuś zrabować, więc krzyknął: – Ty łachudro, poobrzynaj sobie sanacyjne guziki z munduru!

Ignacy Wijatyk i Piotr Balicki odebrali broń pozostałym dwóm funkcjonariuszom: jednemu, gdy wyciągał pistolet z kieszeni marynarki i drugiemu, gdy sięgał po pistolet zatknięty za pasem spodni.

Pokonanych i oszołomionych ubeków miejscowi zaprowadzili na scenę, za zasuniętą kurtynę. I tam zwycięscy i pokonani przestraszyli się rozwoju wydarzeń. Gospodarze imprezy zaczęli spontanicznie częstować funkcjonariuszy UB wódką. A ci skwapliwie przyjmowali poczęstunki, bo to picie uwalniało ich od świadomości powstałej w zmaganiach z chłopami klęski i od myślenia, co dalej mają robić. To częstowanie trwało dopóty, dopóki nieproszeni i zmęczeni "goście" nie posnęli na miejscu.

Zabawa jeszcze trochę trwała, ale zakończyła się wcześniej niż planowano. Piotr, Ignac i Franciszek zabrali ze sobą odebraną funkcjonariuszom broń, aby przechować ją u siebie. Do czasu oddania jej rano ubekom. I z trudem usnęli. Na krótko. W zasłużonym odpoczynku przeszkadzała im świadomość, że rozbroili ubeków, zbrojne ramię Polski Ludowej. Po koszmarnych snach wstali wcześnie rano i zabrawszy ze sobą ubecką broń wrócili na miejsce nocnych wydarzeń. Funkcjonariusze jeszcze spali. Trzej miejscowi nie śpieszyli się z ich budzeniem, bali się konsekwencji swojego nad nimi zwycięstwa, byli przestraszeni. Ale, jak później okazało się, nie tylko oni. Po obudzeniu się i oprzytomnieniu przestraszyli się też ubecy. Tym, że dali się rozbroić. Prosili tylko, żeby oddać im broń. Obiecali im za to, że nie będą się ich już czepiać i całe wczorajsze zajście puszczą w niepamięć.

Młodzi mężczyźni z Miejsca chętnie poszli na taki układ. I wszyscy byli radzi, że się wszystko tak zakończyło. Znowu zaczęła się wspólna popijawa. Teraz wódkę stawiali i organizatorzy imprezy i ubecy.

Dramat w Miejscu zakończył się tak nagle, jak się zaczął. Mieszkańcy wsi żyli nim jeszcze jakiś czas. Ludzie przez pół roku trwali w niepokoju i strachu, bo spodziewali się ponownego przyjazdu ubeków, którzy mogli chcieć wziąć odwet za to, co się stało. Miejscowianie trwali w lęku. Z tego też powodu przez najbliższe miesiące nic się nie działo w miejscowej świetlicy. Ale już zbliżała się odwilż polityczna. I znowu świetlica zapełniała się ludźmi.

 

WŁADYSŁAW ŻOŁNOWSKI