Belka w oku nie kole

0
barcickim.jpg

Nagonka środowisk liberalnych na liberalny, jak do niedawna sądzono, rząd jest zdumiewająca. Pomijając kiepską jakość argumentów i „zasługi” atakujących najbardziej zaskakuje ich skuteczność. Słupki poparcia dla rządzącej partii spadają właśnie teraz, kiedy rząd coraz częściej postępuje racjonalnie – szukając oszczędności niekoniecznie sięga do kieszeni najuboższych.  Nie przypominam sobie nagonki na rząd ze strony troszczących się o kondycję budżetu neoliberałów, kiedy ten podnosił np. VAT. Przepaść między wąskim marginesem najbogatszych, a całkiem sporą grupą żyjących poniżej minimum socjalnego jest u nas wciąż ogromna. Głównie dzięki posunięciom najgłośniejszego i najskuteczniejszego krytyka poczynań obecnego rządu prof. Balcerowicza.  Facet, który nie nauczył się wyciągać wniosków z własnych błędów, ale chętnie poucza innych, dla zbyt wielu pozostaje nadal autorytetem. To jeden z wielu polskich paradoksów.

    Warto sobie przypomnieć w jaki sposób funkcjonowało nasze państwo, kiedy Leszek Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów. W 1997r. podczas kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi jako lider Unii Wolności grzmiał, że szybko rozwijającej się polskiej gospodarce grozi „przegrzanie”. Po powodzi tysiąclecia, która zatopiła lewicowy rząd wespół z Akcją Wyborczą Solidarność objął stery władzy w naszym kraju i począł gospodarkę schładzać. Jego największym osiągnięciem było zepchnięcie na skraj bankructwa niemal całego przemysłu spirytusowego. Wprowadzenie horrendalnej akcyzy na alkohol zaowocowało tym, że na polskim zamiłowaniu do napojów wyskokowych najwięcej zarabiali Czesi i Ukraińcy oraz trudniący się przemytem rodzimi mafiozi. „Polmosy” notowały straty. Oprócz świata przestępczego wdzięczni Balcerowiczowi byli także bezrobotni zamieszkujący okolice południowej granicy, którzy codziennie przenosili przez granicę po kilka butelek tańszej dużo czeskiej wódki. Dzięki temu mogli dorobić do głodowego zasiłku dla bezrobotnych. Okres rządów koalicji AWS-UW charakteryzował się generalnie olbrzymim wzrostem obciążeń podatkowych, wzrostem kosztów pracy, dramatycznie wysokim bezrobociem, ogromnym deficytem w handlu zagranicznym i zadłużeniem kraju.  Późniejszy minister prof. Hausner sporządził listę towarów, których produkcja w Polsce była nieopłacalna i taniej było je importować. Znalazły się na niej między innymi gwoździe. Zmuszony do zaciągania pożyczek w komercyjnych bankach ZUS miał trudności z wypłacaniem bieżących świadczeń, a Sejm zajmował się głównie polowaniami na czarownice. Z tamtego okresu pochodzą tak zasłużone dla naszego kraju instytucje jak chociażby IPN czy inne organy zajmujące się lustracją. Wybrańcy narodu nie mieli za to czasu na zajęcie się dostosowaniem polskiego prawa do wymogów unijnych w okresie przedakcesyjnym. Rządy AWS i UW pozostawiły w spadku dla następców deficyt budżetowy w niespotykanej dotąd wielkości nazywany „dziurą Bauca”. Warto zaznaczyć, że chociaż premier Buzek uczynił z następcy Balcerowicza kozła ofiarnego i go zdymisjonował, to minister finansów Bauc tylko częściowo był odpowiedzialny za stan finansów. Podwaliny pod sukces ekonomiczny tamtych czasów stworzył właśnie dzisiejszy krytyk premiera Tuska. Miał jednak na tyle rozumu, by z tonącego okrętu w porę wyskoczyć i objąć stery NBP. Ceną za poparcie jego starań o objęcie urzędu prezesa NBP przez posłów AWS było zagłosowanie za przyjęciem nierealnego projektu budżetu autorstwa Bauca posłów UW. Dzięki temu mniejszościowy rząd Buzka mógł dotrwać do końca kadencji, a ludzie go tworzący i wspierający zdążyli zmontować sobie platformę ratunkową przed wyborami.

 

       Najzabawniejsze jest to, że człowiek o tak wielkim dorobku w dziedzinie „reformowania” państwa  odmawia nawet debaty z Rostowskim na temat przyszłości systemu emerytalnego.

 

Marcin Barcicki