Odwyk

0
barcickim.jpg

 

W zamierzchłych czasach mój znajomy dysponował wujkiem, który pijał nieco więcej niż statystyczny Polak i znacznie rzadziej wylewał za kołnierz.

Między innymi z tego właśnie względu często bywał bohaterem opowieści snutych przez mojego znajomego. Zapamiętałem w miarę dokładnie jedną z takich historyjek. Po wielu przeróżnych wpadkach w stanie zamroczenia, których skutkiem bywały interwencje milicji odpowiednie władze skierowały rzeczonego wujka na przymusową terapię odwykową.  Wrodzony talent aktorski oraz nienaganne (na trzeźwo) maniery ułatwiły bohaterowi opowieści zdobycie zaufania kadr ośrodka odwykowego. Wujek aktywnie uczestniczył we wszystkich zajęciach terapeutycznych, gorliwie do grzechu pijaństwa się przyznawał, szczerze tego żałował, a nawet zaklinał się na wszystkie świętości, że do nałogu nigdy nie wróci. Jako przykład sukcesu terapii jeszcze w jej trakcie zyskał funkcję, o jakiej inni mogli tylko pomarzyć – stał na portierni i rewidował wracających z przepustek do ośrodka pensjonariuszy. Jego zadaniem było wyłuskanie przemycanych przez nich trunków wysokoprocentowych. Nie bardzo wiadomo, czy nie do końca był poinstruowany na temat tego, co z zarekwirowanym świństwem zrobić, czy może zbyt dosłownie zrozumiał popularne wówczas hasło: wódka twój wróg, lej go w pysk! W każdym razie wlewał to całe świństwo w siebie. Efektem kuracji odwykowej było jeszcze głębsze pogrążenie się wujka w nałogu. Zamiłowanie do trunków było w czasach PRL raczej normą, a zwalczanie alkoholizmu stało się konikiem kacyków. Alkoholikom utrudniano życie na wszelkie możliwe sposoby – w miejscach, w których zarabiało się na życie wieszano plakaty propagandowe mające ośmieszyć alkoholika i wzbudzić niechęć do niego u niepijących. Dziś taką akcję nazwalibyśmy kampanią społeczną albo informacyjną.  Efekty takich akcji były zawsze raczej mierne, a czasem nawet przynosiły skutki odwrotne do oczekiwanych. Powstawały akty prawne utrudniające alkoholikom życie oraz zapobiegające ewentualnym kłopotom, jakie alkoholicy mogliby mieć w miejscach pracy w stanie „po spożyciu”. Sztandarowym przykładem troski władz o obywatela był zakaz sprzedaży alkoholu przed godziną 13. Legalnie w sklepie monopolowym nabyć wódki przed porą obiadową i wcześniej, niż na 2 godziny przed fajrantem nie można było. Niezliczone rzesze złotych rączek, które bez „klina” zamiast śniadania nie potrafiły prosto ułożyć glazury, przykręcić śrubki czy nawet prowadzić ciężarówki w linii prostej zostały zmuszone do wsparcia prywatnej inicjatywy gospodarczej, czyli właścicieli tzw. melin, w których trunki były dostępne o każdej porze dnia i nocy. I znów skutki kampanii antyalkoholowej okazały się odwrotne do zamierzonych. Dziś problem alkoholizmu nie jest tak dotkliwy. Mamy do czynienia ze znacznie gorszymi nałogami i bardziej dramatycznymi ich skutkami społecznymi. W stan zamroczenia wprowadzają dziś ludzi nie tylko trunki, ale także szkodliwe treści płynące z odbiorników radiowych, internetu lub telewizji. W stanie zauroczenia ideami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi, religijnymi itp. ludzie  popełniają różne głupstwa, a czasem nawet zbrodnie. Osobnik nadużywający halucynogennych treści religijno-patriotycznych zabił w Norwegii blisko 80 osób. Zrobił to w poczuciu misji oczyszczenia swojego kraju ze „szkodników” odpowiedzialnych za zbrukanie nordyckiego kraju napływem „kolorowych”. Wcześniej pisywał różne manifesty i publikował je w sieci.  Jeden z brzeskich radnych przyznał się ostatnio publicznie do konsumpcji jadu sączącego się z radia. Trudno to wyznanie traktować jako element kuracji odwykowej, bo nie doszukamy się w tym publicznym wyznaniu ani żalu i skruchy, ani też przyrzeczenia poprawy. Wręcz przeciwnie – twierdzi on, że jad mu smakuje, jest zdrowy i pożyteczny, a każdy, kto ma inne zdanie na pewno się myli. Na krytyczne uwagi do treści swojego wyznania zamieszczone na jednym z portali internetowych zareagował podobno bardzo nerwowo. Najwyraźniej chłopina przedawkował i strach pomyśleć, co będzie kolejnym jego krokiem po publikacji manifestu w Panoramie.

Marcin Barcicki