Brzeżanin w Japonii (cz.3) Miasto techniki, miasto tradycji

0

 

Powiedzieć, że Akihabara jest kolorowa, świecąca się i do bólu mangowa, to nic nie powiedzieć. To właśnie dzielnica techniki, gier wideo i mangi (w dużym uproszczeniu: japoński styl rysowania komiksów) jest kolejnym punktem mojej podróży.


Akihabara – budynki przy głównej ulicy

 

Na Akihabarze nie da się nie dostać zawrotów głowy. Po obu stronach głównej ulicy ciągną się wysokie budynki uginające się od kolorowych banerów, z których spoglądają mangowe dziewczęta o wielkich oczach. Większość sklepów ma tu po pięć pięter i dodatkowo jeden lub dwa podziemne poziomy. A są to wszystko sklepy o asortymencie dla Europejczyka co najmniej dziwnym.

Jest kolorowo, mangowo i słodko

 

Trzy piętra z figurkami przedstawiającymi postaci z gier wideo i popularnych animie? Proszę bardzo. Na każdym z nich tłum ludzi przyglądających się z uwagą nowej figurce z „Tokyo Ghoul” czy „Naruto”. I nie, nie tylko dzieci, tu figurkami, mangą, anime, grami wideo może interesować się równie dobrze pięćdziesięcioletni biznesmen.

 

Te małe cuda potrafią osiągać astronomiczne ceny

 

No właśnie – manga i anime. Widać je w całym Tokio. Widać, gdy jedzie się metrem, a obok stoją zaczytani ludzie, przewracający kolejne kartki pełne rysunków. Widać w reklamach telewizyjnych i internetowych. Widać po breloczkach, torebkach, zeszytach, gumkach do włosów i absolutnie wszystkim. Widać wreszcie po entuzjazmie, z jakim Japończycy potrafią podchodzić no nowej serii ich ukochanego anime. To w nich jest, jest żywe i absolutnie prawdziwe. Nigdzie ten styl i klimat nie jest jednak tak wszędobylski, jak na Akihabarze.

 

Tysiące komiksów na absolutnie każdy temat

 

Gdzieś w tym całym świecie mniej lub bardziej poważnych historii zamkniętych w mandze, gdzieś pośród tych wszystkich bohaterek i bohaterów – księżniczek, demonów, dowódców powietrznych statków, hakerów i co tam sobie tylko zapragniecie wyobrazić – jest też hentai, coś, co dla Europejczyka może nie być już tak łatwe do zrozumienia.

Hentai to manga lub anime pornograficzne (dla Japończyków słowo hentai ma pejoratywne zabarwienie, dlatego używają innych określeń). Z tym że pornograficzne, to dość łagodne słowo. Japończycy mają bowiem w tej materii absolutnie kosmiczną wyobraźnię.

Wspomniane hentai ma oczywiście swoje miejsce na Akihabarze. I tu widać też gigantyczną różnicę kultur. W sklepie z tym asortymentem sprzedaje młoda dziewczyna ubrana dość normalnie jak na standardy tej dzielnicy. Między półkami spacerują panowie w garniturach, którzy właśnie skończyli ważne spotkanie korporacyjne, obok nich zupełnie inni klienci, w tym chłopak z dziewczyną. Spacerują i wybierają swoje ulubione kategorie i tematy. Nikt się tu z tym nie kryje, nikt tego nie stygmatyzuje, nikt się nie wstydzi i nikt nie oburza. Tak jest i tyle. Nic się złego nikomu nie stanie przez komiks z czterema kosmitami i młodą dziewczynką w roli głównej. I wiecie co, rzeczywiście nic złego się nie dzieje. Ta specyficzna seksualność Japończyków, która dla Europejczyka może się wydawać dewiacją, jakoś nie zmieniła faktu, że Tokio to od lat najbezpieczniejsze miasto świata. Ta chmara fanów hentai jakoś nie wychodzi na ulice, aby gwałcić nastolatki. W metrze nie zobaczycie nawet chłopca spoglądającego na dziewczynę. Japończycy są poukładani do bólu, świadomi tego, że każdy ma swoją prywatność i strefę komfortu, a do tego są zwyczajnie nieśmiali. Nie zrozumie się tego wszystkiego, dopóki się tego nie zobaczy na własne oczy.

W tym też osobne pomieszczenie poświęcone hentai

 

Ruszam dalej wzdłuż głównej ulicy Akihabary. Staram się czasami zerkać w boczne uliczki, ale żeby zwiedzić wszystko, choćby pobieżnie, trzeba byłoby spędzić w tej dzielnicy ładnych kilka dni.

Jeśli przed jakimś przybytkiem stoi solidna kolejka ludzi, to na sto procent jest to nowo otwarty salon gry Pachinko. Są to pionowo ustawione automaty przypominające pinballa, ale bez łapek. Z góry do dołu spadają w nich kulki i jeśli odpowiednio się odbiją, można coś wygrać – tyle wiem. Bardzo słabo orientuję się w Pachinko i podobnie jak większość Europejczyków kompletnie nie rozumiem fenomenu tej gry. Japończycy mają jednak na jej punkcie absolutną korbę. Salonów jest naprawę dużo i to nie tylko w Akihabarze. Sto metrów od mojego mieszkania też jest jeden. Nie widziałem, żeby świecił pustkami.

 

Wejście do salonu gry w Pachinko

 

A skoro już mówimy o grach, to lwią część Ahihabary zajmują salony gier wideo. Jako że jest to mi temat bliski, to spędziłem w nich najwięcej czasu. Z tym że Japończycy mogą się pochwalić wachlarzem tytułów, o których Europejczyk może tylko pomarzyć. Największe firmy robiące gry to firmy japońskie. Masa tytułów nigdy nie opuściła Japonii albo Azji. Dlatego nawet wytrawny gracz z Europy, będzie czuł się w japońskich salonach gier jak dziecko we mgle.

 

Automaty do gier wideo, niektóre wyglądają naprawdę futurystycznie

 

W tych miejscach również można spotkać cały przekrój społeczeństwa. Bawią się i młodzi i starzy. Starszy pan grający w grę rytmiczną polegającą na wystukiwaniu rytmu w kontroler w kształcie perkusji – proszę bardzo. Licealistka grająca w jakąś okropnie przesłodzoną gierkę zręcznościową – proszę bardzo. Chłopak grający w grę karcianą, której opanowanie zasad zajęłoby miesiąc – proszę bardzo. Ja, wyjeżdżając do Japonii marzyłem o tym, aby usiąść w pięciopiętrowym salonie gier na Akihabarze i zagrać z Japończykami w Tekkena i marzenie swoje zrealizowałem. Mógłbym długo opowiadać o tej formie rozrywki, a to oznacza, że powinienem milczeć.

 

Spełniam swoje marzenie

 

Sunę dalej ulicami Akihabary. Na niemal każdym skrzyżowaniu stoją dziewczyny w strojach pokojówek i zapraszają do odwiedzenia „Maid Café” (o tych przybytkach napiszę przy innej okazji). Są przesłodzone do granic możliwości. Uśmiechają się, rozdają ulotki i wykrzykują coś swoimi piskliwymi głosikami.

Zbliża się godzina 15, a ja od rana męczę się z japońską pogodą. Telefon mówi mi, że jest raptem 25 stopni, a ja mam wrażenie, że z tego upału zaraz zemdleję. Dwie rzeczy ratują mi życie od samego początku mojego pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Pierwszą z nich jest klimatyzacja, która jest absolutnie wszędzie – w każdym, choćby najmniejszym, sklepie i każdym pociągu. W moim mieszkaniu mam nawet klimę na balkonie. Drugą rzeczą są maszyny z napojami, które spotkać można na każdym kroku. Napoje są zimne, tanie i jest ich milion rodzajów. Dzięki tym wynalazkom życie staje się łatwiejsze. Swoją drogą bardzo dobre jest też to, że w każdej restauracji i każdym barze do posiłku dostaje się wodę z lodem, albo samemu można ją sobie wziąć za darmo z dystrybutora. Drobnostka, a jednak robi robotę.

 

Automaty z napojami są na każdym kroku

 

Powoli zostawiam Akihabarę za swoimi plecami, ale decyduję się jeszcze na postój w jednej z knajpek – bardziej po to, żeby się ochłodzić, niż w jakimkolwiek innym celu. Wchodzę, a właściciel od razu wita mnie serdecznie, a następnie pyta bardzo dobrą angielszczyzną, czy mówię po japońsku. No wreszcie – myślę sobie uradowany – ktoś tu, nie licząc ludzi z lotniska i kas przy najważniejszych zabytkach, mówi w języku Szekspira. Odpowiadam zatem radośnie, że nie, a on smutnieje. Rzuca kilka zdań po japońsku i ucieka na zaplecze, by po chwili powrócić z gaijinką. Tłumaczka – myślę sobie – też dobrze. Kobieta staje przede mną wyraźnie zestresowana i czeka. Proszę ją zatem o piwo, najlepiej jakieś japońskie. Tak sobie postaliśmy, popatrzyliśmy na siebie i trzeba było dogadać się na migi. I tak to właśnie tu jest. Jak już wejdziesz w jakąś interakcję, to każdy zrobi tu wszystko, aby pomóc i aby było dobrze. Skutek bywa różny, ale braku dobrej woli nikomu nie można zarzucić.

 

Zostawiam Akihabarę za moimi plecami, ruszam do Ueno

 

Akihabarę i Park Ueno dzieli przepaść. Zieleń i cisza szybko wyrzucają z głowy krzykliwość miasta elektroniki. Jedna z parkowych ścieżek prowadzi wprost do świątyni buddyjskiej Shinobazunoike Bentendo znajdującej się tuż przy jeziorze, które w całości pokrywa gęsta roślinność. Muszę przyznać, że takie miejsca mają niesamowity klimat. Biorę do ręki pęk kadzideł, odpalam od żaru, a następnie wtykam w popiół i okadzam się dymem, aby zgodnie z wierzeniami oczyścić duszę. Później krążę jeszcze przez dłuższą chwilę wokół i przyglądam się rozmodlonym ludziom.

 

Świątynia  Shinobazunoike Bentendo i zielone jezioro, przy którym się znajduje

 

 

Po jakimś czasie wracam do parku, a po drodze dostrzegam stragany z jedzeniem. Kupowanie w takich miejscach to właśnie największa radość, bo nigdy do końca nie wiadomo co się je. Wyglądało na to, że do wyboru jest szaszłyk z kraba lub jakaś dziwna potrawka z czegoś, co przypomina ośmiorniczkę. Wybieram to drugie i siadam na pobliskiej ławce, żeby w spokoju zająć się moim przysmakiem, bo jedzenie na stojąco pałeczkami wciąż nie idzie mi najlepiej.

 

Najciekawszych potraw można spróbować u ulicznych sprzedawców

 

Jedzenie, jedzeniem, ale co z pudełkiem, pałeczkami, plastikową butelką lub puszką? Trudno w to uwierzyć, ale znalezienie kosza na śmieci w Tokio to grube wyzwanie. Jest ich tyle, co nic, a w dodatku nie ma ich tam, gdzie wydawałoby się, że być powinny. Koniec końców ciągle łażę po pół godziny z jakimiś odpadami i pojęcia nie mam co z nimi zrobić. Ciekawe jest to, że nigdy nie widziałem Japończyka, który miałby ten sam problem, a co chwilę widzę, jak ktoś kupuje napój, albo coś innego w automacie. Jak to się dzieje? Nie wiem. Co robią ze swoimi śmieciami? Nie wiem. Wszędzie wokół jest czysto do bólu, więc gdzieś te śmieci znikają. Niby prosta sprawa, a i tak jest tu dla mnie poważną zagwozdką.

Kręcę się chwilę, zupełnie bez planu po Parku Ueno i trafiam na kolejną świątynię – Kiyomizu Kannon-do. Podobnie jak w innych, można tu otrzymać wróżbę. Jeśli jest ona dla nas pomyślna, zabieramy ją ze sobą. Jeśli nie, zawiązujemy ją na specjalnej ściance.

 

Świątynia Kiyomizu Kannon-do i ściana ze złymi wróżbami

 

Park Ueno to w ogóle ciekawe miejsce. Po szerokich ścieżkach przechadza się tu masa ludzi. Mieści się tu, oprócz świątyń, kilka muzeów i ogród zoologiczny, a także Muzeum Narodowe Tokio.

 

Park Ueno

 

To właśnie tam kieruję swoje kroki. W tak istotnych dla turystów miejscach rzeczywiście idzie dogadać się po angielsku. W kasie są przewodniki, broszury i cała reszta niezbędnych rzeczy. Ale już krok dalej, na dziedzińcu, chcąc kupić w budce jedzenie muszę się mocno nacudować. I jeszcze raz podkreślam – nie żalę się na to. To ja powinienem mówić po japońsku w Japonii, a nie oni po angielsku. Po prostu zwracam na to uwagę, aby ktoś, kto się wybiera do Kraju Kwitnącej Wiśni, miał tego świadomość.

 

Muzeum Narodowe Tokio

 

Przed głównym gmachem muzeum dostrzegam ciekawy przyrząd, który w myślach nazywam „parkingiem dla parasolek”. Ot, prosta maszyna – wkładamy swoją parasolkę w otwór, zapinamy ją i odbieramy kluczyk. A następnie ruszamy zwiedzać bez zbędnego balastu.

Temat parasolek jest w ogóle w Japonii bardzo ciekawy. Po pierwsze: znakomita większość z nich jest przezroczysta. Wygląda to bardzo fajnie, gdy się widzi sznur 50 Japończyków sunących w stronę dworca, z czego ze 40 ma takie same parasole. Z góry wyglądają jak meduzy. Po drugie: parasole są niesamowicie tanie. Można je kupić w każdym konbini (całodobowy minimarket) za 100-200 jenów, czyli za około 3,5-7 PLN. Z tego powodu nikt się jakoś szczególnie nie przejmuje tym, że zgubi parasol i dochodzi do tego, że takowy bardzo często zmienia właściciela. Dzieje się to tak płynnie, że można odnieść wrażenie, iż na każdego Japończyka, gdy akurat zaczyna padać, czeka w najbliższej okolicy zgubiony lub porzucony parasol. Ale wiążą się z tym niepozornym przedmiotem też pewne reguły. Nie wchodzi się do sklepu z mokrym parasolem (choćby był lekko zroszony deszczem), przed sklepami stoją specjalne stojaki, a niekiedy wąskie i długie torebki plastikowe, które należy na niego nałożyć.

 

„Parking dla parasolek”

 

Muzeum Narodowe Tokio to najstarsze i największe muzeum w Japonii, założone w 1872 roku. Można w nim znaleźć dzieła sztuki i obiekty archeologiczne z obszaru całej Azji. 87 eksponatów ma tu status skarbu narodowego, a 610 posiada znaczące wartości kulturowe. Jednostka ta prowadzi ponadto badania naukowe i organizuje imprezy edukacyjne związane z jego zbiorami.

 

Eksponaty w Muzeum Narodowym Tokio

 

Po wizycie w muzeum wpadam jeszcze na chwilkę na Yanakę, a konkretnie na niewielki targ w centrum tej dzielnicy. To bardzo ciekawe miejsce, w którym wciąż poczuć można atmosferę Tokio sprzed dziesięcioleci. Nie ma tu wysokich domów i ruchliwych ulic. Nie ma neonów i wielkich reklam. To miejsce nostalgiczne, posiadające rustykalny urok i oferujące możliwość zwiedzenia świata innego niż dominująca wokół metropolia.

 

Yanaka

 

Na sam koniec dnia przechodzę jeszcze przez targ Ameyoko. Pełna nazwa tego miejsca – „Ameya Yokocho” oznacza aleję sklepów z cukierkami i nawiązuje do dawnych czasów, gdy handlowano tu głównie słodyczami, a także produktami sprowadzonymi z Ameryki. Dziś kupić tu można m.in. ubrania, torebki, kosmetyki, świeże ryby, suszoną żywność oraz przyprawy. Sporo tu obcokrajowców. Można natknąć się nawet na budki z kebabami. Sporo również czarnoskórych naganiaczy, którzy widząc gaijina próbują go namówić na jakiś „świetny” biznes.

 

Targ Ameyoko

 

Zbliża się noc. W Tokio zapalają się miliardy świateł. Nad miastem zawisa kolorowa łuna. Pora wracać na moje spokojne Nakano. Jeszcze przyjdzie czas na nocne wojaże.

Autorem cyklu jest Krystian Ławreniuk – brzeżanin, autor zbioru opowiadań „Ziemia Wróżek’ oraz tomu poetyckiego „Arkansas”, który sam się określa mianem „bardzo początkującego podróżnika”.