A mury gniją
Właśnie mija piąta rocznica od pojawienia się w tygodniku Panorama pierwszej publikacji dotyczącej marnotrawstwa majątku na brzeskiej Zielonce. Teren byłej jednostki wojskowej podzieliły między siebie dwie instytucje podległe MON: Wojskowa Agencja Mieszkaniowa (19ha) oraz Agencja Mienia Wojskowego (54ha). Obie siostrzyczki, od 2009 roku, tak opiekowały się publicznym dobrem, że do dziś nie potrafiły zagospodarować mienia otrzymanego w zarząd od Państwa. Od pięciu lat przyglądam się z bliska niesfornym siostrzyczkom i wiem, że na Zielonce nie wynajęły one ani kawałka placu, ani metra powierzchni biura, magazynu, czy wiaty i nie potrafiły samodzielnie sprzedać choćby skrawka gruntu. Liczne krytyczne publikacje oraz moje pisma i skargi do Agencji – spowodowały wreszcie reakcję. Jej dyrektor – Radosław Rozpędowski – w końcu zauważył problem i… podał mnie do sądu.

Uprawianie fikcji
Broń Boże, nie sugeruję nikomu nadużywanie stanowiska lub brak kompetencji! Przecież w czasie, gdy na Zielonce waliły się ściany i dachy, pracownicy obu Agencji ciężko harowali. Przez ostatnią dekadę wypili ocean kawy, morze herbaty. Stosem długopisów zapisali tony papieru. Służbowymi autami przebyli setki tysięcy kilometrów, zużyli niezliczone ilości paliwa i opon. AMW i WAM przemieliły wagony biurek, foteli i krzeseł. Wymieniły dziesiątki kserokopiarek i hałdy tonerów oraz zakupiły furę czajników, kubków do kawy i do herbaty. Zamiast zająć się losem budynków na Zielonce – z zapałem remontowały siedzibę własnej Agencji. Jej pracownicy – we wrocławskich biurach – wymyślali przeprowadzki, malowali ściany, wymieniali okna. Przenosili działy, zmieniali siedzibę dyrekcji oraz reorganizowali się, szkolili, zaliczali kursy. A to wszystko: za nasze pieniądze! Po latach wytężonej pracy historia zatoczyła koło i konkurujące ze sobą Agencje niedawno się połączyły. Teraz, na Zielonce, już mogą się wspólnie… obijać.

Z drugiej strony – nie lepiej
Po spełnieniu się kaprysu burmistrza Wrębiaka (patrz: eksterminacja 6,5 tyś. drzew na Zielonce) tuż za moim oknem – nie dzieje się lepiej. Na wielkiej, miejskiej sawannie radośnie hasają sarny, kuny, borsuki, zające i lisy. Tylko co jakiś czas nieszczęsny jelonek lub jego mama topią się w okolicznym zbiorniku ppoż., cuchnąc potem przez tydzień gorzej od obornika. Gdy na dworze robi się ciepło wszędzie latają szerszenie, osy i pożyteczne pszczółki. Świeża i soczysta zieleń pobłyskuje w słońcu, a bujna przyroda bez przeszkód wpija się w czarny asfalt. Miejsce lipowych alei zajęły szuwary, a po owocowych gajach nie widać już śladów. Na betonowych dróżkach masowo rozrastają się pnącza i drzewka, wśród których chętnie gniazduje ptactwo. W gęstwinie krzewów, trawy i liści co rusz przemykają zwinne jaszczurki. Kiedy łagodny wietrzyk strząsa pyłek z kwiatów wokoło słychać ciszę i spokój. Tak właśnie, Drogi Czytelniku, wygląda na co dzień… „Brzeska Strefa Ekonomiczna”.

Marek Popowski