„Kto naprawdę był pierwszym zarażonym…?”

1
koronawirus francja

Felieton o „pacjencie zero”. Czy tzw. „pacjent zero” to naprawdę pacjent z Zielonej Góry? A może z Łodzi, Wrocławia lub Brzegu?


W dobie panującej od kilku tygodni epidemii wywołanej przez koronawirusa media codziennie informują odbiorców o kolejnych przypadkach zakażeń. Wiele osób zastanawia się, czy rzeczywiście wszystkie przypadki zarażeń są wykrywane. Dodatkowo, zastanawiający może być fakt zdiagnozowania tak zwanego „pacjenta zero”. Tym terminem określa się pacjenta, u którego potwierdzono pierwsze zarażenie wirusem w danym państwie. Czy zatem pacjent z Zielonej Góry faktycznie był pierwszym przypadkiem koronawirusa w Polsce? A może zarażenia były już wcześniej?


Kiedy 4 marca przeczytałem w portalach internetowych, że „Pierwszym nosicielem koronawirusa w kraju jest mężczyzna. To pacjent z Cybinki w powiecie słubickim w województwie lubuskim. Chory od poniedziałku przebywa na Oddziale Zakaźnym Szpitala Uniwersyteckiego im. Karola Marcinkowskiego w Zielonej Górze.”(źródło:https://wtk.pl/news/56091-koronawirus-kim-jest-pacjent-zero-w-polsce) oraz że „W Zielonej Górze pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce. To mężczyzna, który był na karnawale w Niemczech” (źródło: https://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/7,35182,25755340,w-zielonej-gorze-pierwszy-przypadek-koronawirusa-w-polsce-to.html), lekko się żachnąłem.

Oczywiście informacja ta u większości Polaków nie wywołałabytakiej reakcji, ale o tym później… Żachnąłem się, bo wszystkie media ochoczo i bez zająknięcia się alarmowały, że oto mamy pierwszy przypadek zachorowania na Covid-19!!! Bez cienia refleksji, bez dodania, że jest to pierwszy potwierdzony testami przypadek, że być może w Polsce są już dziesiątki, jeśli nie setki czy tysiące nosicieli wirusa SARS-CoV-2. Bo przecież testy w Polsce wykonywane są dopiero od końca lutego i nie robi się ich przesiewowo wszystkim Polakom. Dodatkowo, okrzyknięto mężczyznę z Cybinki „PACJENTEM ZERO”. W domyśle stygmatyzując go, że to właśnie on „przywlókł to paskudztwo do kraju nad Wisłą”. Dziennikarze wielu mediów ruszyli zatem do Zielonej Góry, by z pierwszej ręki informować rodaków o sytuacji – ze szpitala, sprzed szpitala, zza szpitala, etc… Liczę tylko, że te informacje nie docierały do tego „nieszczęśnika”, a jeśli tak to, że nie wziął na siebie odpowiedzialności za to, że sprowadził „zarazę” do swojej ojczyzny.Choć w głowach wielu rodaków wieści te mogły wywoła
współczucie okraszone stygmatem winowajcy… Dziś już wiemy, że ów mężczyzna szczęśliwie opuścił szpital w pełnym zdrowiu. To szczęśliwe zakończenie tej pojedynczej historii.

 

Minister Łukasz Szumowski na konferencji prasowej 4 marca, oczywiście zaznaczał, że jest to pierwszy potwierdzony przypadek, ale kogo obchodził wtedy ten drobny szczegół. Najważniejsze, że mamy tego „PACJENTA ZERO” i można o tym trąbić przez najbliższe 24 godziny. A nawet 48 godzin, bo dopiero po 2 dniach potwierdzono 4 następne przypadki.W kolejnych dniach media bombardowały odbiorców wiadomościami o następnych potwierdzonych przypadkach, wytłuszczając na czerwono kolejne liczby. Wszędzie pojawiały się wciąż cyfry, liczby, które opanowały nagłówki gazet, portali informacyjnych i telewizyjnych serwisów informacyjnych. Oczywiście za tymi liczbami stoją prawdziwi ludzie dotknięci prawdziwą i niebezpieczną chorobą i dramaty rodzin, których bliscy też są w tych najsmutniejszych statystykach…
Ten tekst nie jest przecież o tym, czym karmią się media 24 godziny na dobę, by wypełnić całą tę dobę informacjami. To też jest dobry temat. Mimo że wielu już o tym pisało wcześniej. Ale wciąż jak rozmawiam z ludźmi, to widzę na twarzach rozmówców wyraz zaskoczenia, kiedy im zwracam na to uwagę, jakbym właśnie powiedział im, że wynaleziono skuteczny lek na nowotwory.

Ten tekst jest o pacjencie -100 albo -1000, albo…? Trudno dokładnie powiedzieć, bo skąd to niby mamy wiedzieć, kto pierwszy przywiózł z Dalekiego Wschodu czy z Ziemi Włoskiej do Polski tę „zagładę ludzkości”. Natomiast faktem jest, że moi sympatyczni młodzi sąsiedzi wrócili 25. Stycznia z miesięcznej wycieczki po Tajlandii. W Polsce wtedy dopiero pojawiały się pierwsze informacje o tym, że w Chinach coś niepokojącego wydarzyło się w Wuhan. Ale informacje te nie opanowały jeszcze umysłów rzesz rodaków. Nie bito jeszcze w dzwony. Oczywiście w portalach branżowych informacje pojawiały się już wcześniej, ale… Wspomniany sąsiad wrócił z Tajlandii chory i w stanie wskazującym na spore wycieńczenie. Opowiedział, że zachorował już w Tajlandii i tam podjęto już leczenie. Jednak lekarze w Tajlandii nie byli w stanie określić, co dokładnie dolega Michałowi. W każdym razie wrócił do Polski chory. Jak to sam określił czuje się z dnia na dzień coraz lepiej. Nawet nie wybrał się do lekarza na miejscu – po powrocie. Coś, co zwróciło wtedy moją uwagę to permanentny kaszel. Nie dlatego, że skojarzyłem go z Covid-19, bo nic jeszcze wtedy o objawach nie wiedziałem. Zresztą jak się później okazało lekarze wtedy też jeszcze nic o tym nie wiedzieli. A może wiedzieli… Zwróciłem na to uwagę, bo byłem przekonany, że sąsiad robi to celowo, by dać mi znać (wstyd się przyznać) bym nie palił papierosów schodząc klatką schodową. Mijały dni, Michał wracał do zdrowia, ale po jakimś czasie zachorowała też jego partnerka. No cóż tak bywa, że najczęściej zarażamy się od domowników. Jak się jednak okazało od sąsiada też można się zarazić, tym bardziej, jak pożycza się od niego wkrętarkę. Miałem w domu wtedy drobny remont…

9 lutego poczułem, że coś mnie „bierze”. Następnego dnia już wszystko było jasne co. Ból mięśni i stawów, wysoka gorączka. Klasyka tematu – grypa! Tylko ta grypa jakaś dziwna była. Bo pozbawiona jednego (przynajmniej u mnie) stałego elementu. Miałem czyste, drożne zatoki nosowe. Nawet pomyślałem: „Cóż za wspaniała grypa – mogę normalnie oddychać i zasypiając nie muszę przewracać się z boku na bok żeby odtykać na zmianę dziurki w nosie. Mogę normalnie spać. Taką grypę to mogę mieć!!!” No i zrozumiałem, że sąsiadowi chyba aż tak bardzo nie przeszkadzało moje palenie, bo kaszel był niemal nie do powstrzymania. No chyba, że miałem pod ręką szklankę bardzo ciepłej wody.To pomagało. Poszedłem do lekarza. O dziwo nawet zostałem od razu przyjęty. Może dlatego, że w przychodni zaczęła pracować nowa lekarka i jeszcze nie ma wielu stałych pacjentów. Pani doktor zrobiła wywiad, przebadała i stwierdziła, że na szczęście obejdzie się bez antybiotyku. Przepisała witaminę D, ibuprofen i tabletki do ssania na gardło. Zaleciła też żebym pod żadnym pozorem, co najmniej przez trzy dni nie wychodził z łóżka. Zaleciła wprost: „Proszę leżeć trzy dni w łóżku i oglądać filmy”. W duchu się tylko uśmiechnąłem, bo przecież w domu remont… Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że za miesiąc, nasze władze zaordynują taką kurację milionom i to nie na 3 dni…

Kupiłem leki z recepty, co się okazało nie takie łatwe. Bo witamina D, którą zapisała mi lekarka okazały się być niemalże niedostępne w 700-tysięcznym mieście. W końcu się udało, ale moje zdziwienie było ogromne, bo okazało się, że przepisano mi 5 tabletek w opakowaniu i dawkowanie 1 tabletkę na miesiąc… Przecież grypa trwa 3-5 dni… Jakaś „końska” dawka tej witaminy D? To mi zasugerowało później, że lekarze jednak coś mogli już wiedzieć. Tylko, jeśli to prawda, to moja kuracja zakończy się w czerwcu…!!!
Wróciłem zaopatrzony w „amunicję” do domu. Czułem się jednak na tyle fatalnie, że przez te pozostałe pół dnia wypełniłem zalecenie lekarki. Następnego dnia, mimo złego samopoczucia, musiałem wziąć się do pracy, bo w mieszkaniu panował remontowy bałagan. Zresztą bez kataru to można funkcjonować. Gorączka też już nie była taka dokuczliwa. Aha…! – Zapomniałbym! Do leczenia włączyłem też standardowo lek własnej roboty. Nalewka z geranium (potocznie zwane Anginką), którą robię od paru lat i stosuję w czasie przeziębień i infekcji. Nie, nie to co myślicie… Jeśli ktoś miał z nią do czynienia to wie, że nie sposób czerpać przyjemności z jej picia… Wspomniałem o tej nalewce, bo dzięki niej zorientowałem się, że straciłem węch. Nie pamiętałem, w której butelce jest ta nalewka i otwierałem kolejne butelki (a nalewek mam więcej) i nie czułem zapachów. Jasne ktoś pomyśli: „Facet jara fajki i się dziwi, że nie ma węchu”. Ktoś, kto wie, jaki zapach wydziela geranium, to zdaje sobie sprawę, że tylko ktoś z kompletnym brakiem węchu nie poczuje jego zapachu. Na szczęście węch wrócił po paru dniach. Uf…! Ale to było najbardziej wstrząsające doznanie w tej „grypie”. Bo już chyba zorientowaliście się, że nie była to zwykła grypa…

Stan chorobowy trwał trzy dni i objawy „grypy” ustąpiły. Pozostało jedynie kilkutygodniowe osłabienie. No i w konsekwencji chorowali też pozostali domownicy. Przebieg niemalże identyczny. W zasadzie „ominęło” to tylko 14-letniego syna, który jedynie uskarżał się na ból głowy. A poza tym, jeśli przeszedł, to bezobjawowo… No i później się zaczęło…
A kiedy się już zaczęło, to oczywiście połączyłem fakty… Czy więc pacjent z Cybinki był naprawdę tym „PACJENTEM ZERO”? Czy może był nim mój sąsiad? A może ktoś zupełnie inny? Fakty świadczą, że wirus SARS-CoV-2 już, od co najmniej grudnia hula po świecie… Pamiętajmy, że pierwszy opisany przypadek zakażenia nim został rozpoznany i opisany w Wuhan już w listopadzie 2019r… Zresztą, dlatego funkcjonuje pod nazwą COVID-19 a nie 20. A jeśli w listopadzie ubiegłego roku rozpoznano chorobę, którą wywołuje, to, od kiedy SARS-CoV-2 krąży wśród ludzi?

Nie strzępię klawiatury, by się spierać o „palmę pierwszeństwa” dla mojego sympatycznego i szczęśliwie zdrowego już sąsiada. Piszę by zwrócić uwagę, że fakty medialne, to niekoniecznie fakty. Aż kusiło mnie by użyć tu stwierdzenia fakt autentyczny. Choć jest typowym przykładem „masła maślanego” tępionym przez językoznawców. Ale tu nabrałoby odpowiedniego znaczenia. Piszę, przy okazji tej historii, by zwrócić uwagę na to by, w zalewie informacji często skrajnie różnie opisujących te same fakty, w zalewie fake newsów nie przyjmować wszystkiego bezkrytycznie i powtarzać z przekonaniem, jako fakty… Sami chyba już też zauważyliście ten wysyp „ekspertów” i „autorytetów” często z tytułami naukowymi, którzy w zależności od tego, w jakich mediach się wypowiadają, potwierdzają lub zaprzeczają stawianym tezom, używając do tego logicznych argumentów. Mój nauczyciel historii mawiał… „Młodzieży – zwracajcie uwagę nie tylko na to, co jest napisane, ale kto jest autorem.” Miało to kolosalne znaczenie w czasach PRLu. A czy teraz już nie ma…?
Cała uwaga mediów skupia się obecnie na temacie pandemii koronawirusa. Ale czy nie większym zagrożeniem jest dla nas susza? Bo jeśli w nadchodzących tygodniach nie doczekamy się obfitych dreszczów, to może to być dla nas o wiele groźniejsze niż koronawirus… Ale o tym może w następnym felietonie 😉

Zdrowia życzę!
Czuwajcie!
(Druh Boruch)

Ps. Statystycznie w Polsce umiera codziennie ok. 1103*(https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ludnosc/statystyka-przyczyn-zgonow/zgony-wedlug-przyczyn-okreslanych-jako-garbage-codes,3,2.html ) osób, co w czasie 36 dni trwania pandemii daje liczbę 39.708 zmarłych. Natomiast w tym samym czasie z powodu Covid-19 do tej pory zmarło w Polsce 292 (dane pochodzą z Ministerstwa Zdrowia, aktualne na : 16.04.2020 10:30) osób. Co stanowi mniej niż 1 %, a dokładnie 0,73 % wszystkich zmarłych do tej pory.

Pps. Polecam nalewkę z geranium nie jako trunek a jako domowe lekarstwo. Działanie sprawdzone, wykonanie banalne. W sieci znajdziecie i przepis jak ją zrobić i jakie ma działanie. Tylko uprzedzam. Naprawdę smakuje jak lekarstwo 😉