Demokracja po brzesku. Burmistrz dzwoni do radnego na sesji, żeby ten złożył wniosek o zamknięcie dyskusji… [wideo]

0
fot. burmistrz Jerzy Wrębiak i radny Mariusz Andruchowicz

W Brzegu mamy wszystko, co w tzw. normalnej polityce wydaje się niemożliwe. W naszym mieście od kilku lat może całkiem dobrze funkcjonować, oczywiście dla „dobra nas wszystkich”, niemożliwa gdzie indziej w Polsce koalicja Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską. Dzięki naszemu Czytelnikowi wiemy również, że w naszej „brzeskiej demokracji” król jest jeden. Ma służbowy telefon i go skutecznie używa. Jak zechce może nawet w trakcie sesji zadzwonić do „swojego radnego” i zmieniać jej przebieg. Wszystko to wiemy dzięki niecałym 240 sekundom z ponad 14-sto godzinnych obrad sesji Rady Miasta.
 
Czy wnikliwe oglądanie nudnych i długich relacji z obrad sesji Rady Miasta Brzegu na Youtubie ma jakikolwiek sens i może służyć czemuś ważnemu dla lokalnej społeczności? Czy obejrzenie 14-nastu godzin obrad i znalezienie istotnych, niespełna 240 sekund może pokazać, jak w soczewce funkcjonowanie tak zwanych koalicyjnych radnych i burmistrza Wrębiaka oraz stworzonego przez nich układu? Okazuje się, że tak. Trzeba tylko trochę samozaparcia i wytrzymałości, której nam notabene zabrakło, mimo że na sesji, z której ów fragment pochodzi byliśmy i prowadziliśmy z niej relację…
 
Zacznijmy jednak po kolei. Kto taką małą część wielogodzinnej sesji zauważył i tak wnikliwie przeanalizował? To jeden z naszych Czytelników, który wysyłając email do naszej redakcji, zwrócił uwagę na fragment sesji sprzed ponad półtora roku, dokładnie z 17 czerwca 2019 roku. Fragment nagrania, który wzburzył  naszego Czytelnika można bez problemu znaleźć na Youtubie, a także na stronach internetowych Urzędu Miasta. Mowa tu o tylko 240 sekundach 14-stogodzinnej sesji – w trakcie ósmej godziny obrad. A konkretniej między 43. a 46. minutą tejże godziny.
 
Co w zasadzie można zobaczyć przez niespełna cztery minuty oglądając transmisje sesji z 17 czerwca 2019 r.?
To ułamek dyskusji, głosowań, kłótni, przedstawiania argumentów, zabierania głosu, odpowiadania ad vocem, czy ad personam i przekrzykiwania się radnych. Jednak ten mały fragmencik okazał się, albo okazuje, bardzo istotny i znamienny. Co w trakcie jego oglądania widzimy? Zupełnie prostą i banalną sytuację, którą zaraz dokładnie opiszemy. Jednak wcześniej w dwóch zdaniach przedstawimy tak zwany kontekst, tak żeby łatwiej było zrozumieć pewne aspekty całego, krótkiego przecież, zdarzenia bez konieczności oglądania kilkunastu godzin relacji.
Otóż obrady tejże sesji odbywały się 17 czerwca 2019 roku, a jej głównym punktem było przyjęcie tzw. absolutorium dla burmistrza Wrębiaka. Radni zanim mieli poprzez głosowanie podjąć decyzję przez długi czas dyskutowali. Zwłaszcza tzw. radni opozycyjni mieli dużo bardzo niewygodnych pytań kierowanych szczególnie do burmistrza Wrębiaka. Ten z upływem czasu był coraz bardziej zirytowany, zezłoszczony i zniecierpliwiony.
 
Pytania radnych obnażały niektóre kłopotliwe sytuacje i decyzje, które podejmował, w trakcie, którego dotyczyło absolutorium i raport o tzw. stanie miasta. Podczas wypowiedzi radnej Kulczyckiej dotyczącej funkcjonowania Zakładu Nieruchomości Miejskich, zaczyna się właśnie ten istotny 240 sekundowy fragment sesji. Burmistrz Wrębiak wyjmuje, co bardzo dokładnie widać, kiedy ogląda się relację z sesji, swój telefon i wybiera, albo lepszym określeniem będzie: próbuje wybrać jakiś numer na swoim służbowym smartfonie. Próbuje dlatego, że burmistrz Wrębiak, a jest to już pewna tzw. tajemnica poliszynela, niechętnie nosi okulary na sesjach, a praktyka pokazuje, że są mu już niezbędne do prawidłowego i sprawnego funkcjonowania.
 
Po uporaniu się z wyborem dziewięciocyfrowego numeru zaczyna się zachowywać dziwnie i nieswojo. Wymachuje swoim telefonem wykonując gesty w kierunku siedzącego naprzeciw, lekko po przekątnej, radnego Mariusza Andruchowicza. Ten jest obrócony w drugą stronę i nie widzi zabiegów burmistrza, który ewidentnie pokazuje, że do niego dzwoni. Z pomocą idzie inny radny, siedzący obok Kazimierz Kozłowski, który widzi wibrujący telefon radnego Mariusza. Szturcha go i jednocześnie zauważa zabiegi już nieco zrezygnowanego burmistrza Wrębiaka. Orientuje się natychmiast, że burmistrz dzwoni do radnego Andruchowicza. W międzyczasie trwa nadal dyskusja i głos zajmuje radna Listowska. Radny Andruchowicz odbiera połączenie i rozpoczyna rozmowę zakrywając telefon ręką tak żeby nie było jej słychać w trakcie obrad, bo na stolikach, przy których obradują radni są ustawione dość czułe mikrofony. Podobnie czyni Wrębiak. Po parunastu sekundach rozmowy radny i burmistrz kończą rozmowę. Radny Kozłowski dopytuje o czym jego kolega z włodarzem miasta rozmawiał i znacząco kiwa głową. Po trochę ponad dwóch minutach swoje wystąpienie kończy radna Listowska, a radny Andruchowicz zabiera głos wnioskując o zamknięcie dyskusji. 11 radnych tzw. koalicji oczywiście przegłosowuje wniosek formalny. Można z przekąsem i nieco żartobliwie powiedzieć: dyskusja zamknięta, burmistrz zadowolony. Radny też. W końcu do czegoś się przydał…
 
Czy radny składający wniosek na telefon burmistrza to coś złego? A może to już jest norma?
Ktoś powie: wielkie mi co! Miał Wrębiak dość dyskusji radnych opozycyjnych to dzwoni do „swojego” radnego i „po temacie”. Będą mu radni pytania zadawać, na które jeszcze do tego nie potrafi przekonująco odpowiedzieć. Ktoś inny powie: przecież wszystkim wiadomo, że radni przed sesjami spotykają się z burmistrzem i ustalają, jak głosować, jakie wnioski postawić, jak zmieniać porządek obrad czy nawet, kiedy zdecydować o przerwie w obradach albo kogo dopuścić do głosu. Ale właśnie! Czy to jest normalne? Czy tak powinno być? To po co nam radni? Po co wydawać na nich publiczne pieniądze skoro i tak robią to, co chce osoba, którą powinni kontrolować i której powinni wyznaczać kierunki działania?
 
Z jednej strony ten 240 sekundowy fragment jest porażający i obrazuje, jak w naszym mieście robi się politykę. Pokazuje, jak funkcjonuje koalicja Jerzego Wrębiaka. Z drugiej strony jest w jakimś sensie komiczny i zaściankowy jednocześnie. Doskonale obrazujący stosunki panujące między radnymi koalicji burmistrza a nim samym. Jeszcze raz warto zapytać: Czy to jest normalne? Czy tak powinna funkcjonować władza wykonawcza w postaci burmistrza i „kontrolująca” go (celowo w cudzysłowie) władza uchwałodawcza reprezentowana przez radnych? Czy burmistrz Wrębiak może nawet w trakcie trwania sesji telefonem poprosić jakiegoś koalicyjnego rajcę o wniosek formalny, a może też o uchwałę albo o zajęcie jakiegoś stanowiska, czy o konkretne głosowanie i „podniesienie ręki w trakcie obrad”? Wygląda, że niestety tak było. Czy tak będzie nadal? Być może już nie. Można mieć lekką nadzieję, że odkąd, wbrew sugestii burmistrza, przewodniczącą rady została radna Listowska.
Czas pokaże…
 
Byliśmy na tej sesji, a niestety nie zauważyliśmy tego
 Bijemy się w piersi. Byliśmy tam, ale nie zauważyliśmy tego i nie pisaliśmy o tej patologicznej sytuacji. Wspomniał o niej publicznie w trakcie sesji jeden z rajców. To radny Krzysztof Grabowiecki wypowiadał się w trakcie tzw. wolnych wniosków w tej właśnie sprawie. Było to po ponad 13-stu godzinach obrad – około 22:30. Najpierw zwrócił uwagę ówczesnemu przewodniczącemu, czyli Jackowi N., że ten obiecywał radnym, iż będą mieli podczas dyskusji nad absolutorium nieograniczony czas wypowiedzi, a jednak przychyla się do wniosku radnego Andruchowicza o zakończeniu dyskusji. Zdaniem radnego Grabowieckiego to była „niepokojąca praktyka”. Zdaniem radnego Grabowieckiego, wniosek Andruchowicza został złożony w „(…) sytuacji, kiedy było wiadomo, że jeszcze wielu radnych chce zabrać głos (…)”.
Warto tutaj zacytować radnego i jego dyskusję z radnym Andruchowiczem. Grabowiecki tak mówił o telefonowaniu do radnego przez burmistrza: „(…) Śmiem twierdzić, że była to inspiracja [złożenie wniosku o zamknięcie dyskusji – od red.] pana burmistrza. Zauważyłem, co nie wszyscy zauważyli. Machał telefonem [radny mówi o burmistrzu Wrębiaku – od red.] w kierunku, w tym kierunku [radny pokazuje, że chodzi o radnego Andruchowicza – od red.] później dzwonił. Później pan Andruchowicz odbiera telefon, po czym zgłasza wniosek. No śmiem twierdzić, bez pewności oczywiście, ale w mojej ocenie wysoce prawdopodobne, że była to sugestia pana burmistrza.  Ja wiem, że jest to do nieudowodnienia. Taki dziwny zbieg, aż nadto, okoliczności (…)”.

Radny Andruchowicz wówczas odpowiadał w ten sposób: „(…) Widzę panie Krzysztofie, że pan bawi się tu w inwigilację. No myślę, że nie przystoi, z racji zawodu, jaki pan wykonuje. No jest to bardzo nieeleganckie. Powiem panu, dlaczego złożyłem taki wniosek. Nie na prośbę pana burmistrza tylko to była moja przemyślana decyzja. (…) Ja sobie nie życzę, żeby pan z takimi wycieczkami startował do mnie (…)”. Radny Grabowiecki odpowiedział Andruchowiczowi w następujący sposób: „Panie radny Andruchowicz inwigilacja zakłada jakieś skryte metody działania, a ja nic takiego nie robiłem i proszę nie używać takich słów, bo ja tu siedzę i widzę. Nie musiałem stosować żadnych skrytych metod, które pan nazwał inwigilacją (…)”.

Andruchowicz jeszcze chwilę potem „dyskutował” w ten sposób: „(…) Radny Krzysztofie, teraz ja jeśli mogę. Jak się nie ma dowodów, to bardzo proszę nie oceniać niczyich postępowań. (…) Mam taka wielką prośbę, żebyśmy nie uderzali w siebie. Krzysztof, po co on to robi, to ja nie wiem. A potem ja też muszę odbić piłkę (…)”

Radni na końcu sesji podali sobie ręce. Być może ten gest zgubił naszą „czujność”. W końcu po prawie 14-stu godzinach obrad może się komuś coś wydawać. Także tym, którzy to relacjonowali.  I tak myśleliśmy do  czasu obejrzenia krótkiego, 240-stosekundowego fragmentu sesji. I za to jeszcze raz dziękujemy naszemu Czytelnikowi.
 
Czy to coś zmieni,  że opisaliśmy tę sytuację?
Wydaje się, że chyba niestety nie. Radny się nie przyzna, burmistrz tym bardziej. Nas się oskarży o szukanie afery i przysłowiowej „dziury w całym”. Nikt przecież nie udowodni w jakiś niepodważalny i bezdyskusyjny sposób tego, co się wydaje tak oczywiste i co na tym króciutkim fragmencie sesji po prostu widać. Zawsze będą mieli prostą wymówkę i infantylne wytłumaczenie. Burmistrz po prostu zadzwonił do radnego w trakcie sesji. Nic niespotykanego i nadzwyczajnego – powiedzą. Po to ma wypasiony służbowy telefon, żeby dzwonić. Tak akurat się złożyło, że nieszczęśliwie i zupełnie przez przypadek w trakcie gorącej dyskusji i gradu niewygodnych pytań, które zadawali opozycyjni radni. Jerzy Wrębiak  z radnym Mariuszem Andruchowiczem z pewnością  „najzwyczajniej w świecie” rozmawiali na zupełnie inny temat niż zgłaszanie wniosku o przerwanie niewygodnej dla burmistrza dyskusji. Kto wie? Może nawet o tym, że już za parę miesięcy ten właśnie radny zostanie zastępcą przewodniczącego Rady Miasta po rezygnacji Jacka N. z funkcji przewodniczącego. Przecież to tacy działający dla naszego dobra wizjonerzy…