„Wyrypa Łazików”, czyli brzescy turyści zorganizowali sobie niecodzienną wycieczkę – w ciemną noc, 43 km pieszo po górach

0

Brzeska grupa turystyczna „Łaziki” na swoje wyprawy zazwyczaj wyrusza autobusem z samego rana, by dotrzeć w różne atrakcyjne zakamarki i szczyty Sudetów , a na noc wrócić do Brzegu. Wycieczki trwają kilka, góra kilkanaście godzin i mierzą kilkanaście kilometrów. Nie ma rywalizacji, a ludzie idą dla przyjemności, pozwiedzać lub podziwiać krajobrazy.


Tym razem było inaczej – brzescy turyści wyznaczyli sobie bardzo ambitne zadanie: przejścia 43 km w ciągu 16 godzin. W ostatnią sobotę po godz. 19 wystartowali spod schroniska „Andrzejówka”, a ich celem było zdobycie szczytów Gór Wałbrzyskich, Kamiennych i Sowich. Na Borową, najwyższy punkt Gór Wałbrzyskich [853 m n.p.m.], dotarli jeszcze przed zmrokiem, więc zdążyli pstryknąć zdjęcia z wieży widokowej. Po zejściu w dolinę krajobrazy okryła ciemność. Znaki szlaków malowane na drzewach musiały zostać zastąpione zegarkami z systemem GPS. Przez Soboń w Górach Sowich musieli już iść z latarkami. Początkowo 19 osób szło razem, bo tak było raźniej i bezpieczniej.

— Później grupa rozpadła się na szybszą „młodzież” i wolniejszy „dom starców” — żartobliwie komentowała Małgorzata Palus. Pierwsze 20 kilometrów obie podgrupy pokonały w całkiem dobrym tempie i w dobrych nastrojach. Wszak „Łaziki” to doświadczeni piechurzy i dla nich taka trasa to „bułka z masłem”. Na półmetek w Podziemnym Mieście Osówka pierwsza grupa dotarła o pierwszej po północy, druga 50 minut później.

— Osówka to ostatnie miejsce, gdzie mogłem dojechać z prowiantem i wodą — opowiada Andrzej Semczuk, główny sędzia zawodów i projektant trasy. — Tam czekałem z niespodzianką. Ciasto naszych koleżanek, rogaliki od Piotrka, który został w domu, arbuzy i czajnik z wrzątkiem gotowanym na kuchni polowej – to wszystkim poprawiło humor.
Na Osówce trzy osoby odpowiedzialnie zadecydowały o zakończeniu marszu, zadawalając się dyplomem za 20 km, na co pozwalał regulamin. Pozostałych 16 śmiałków podjęło duże ryzyko i ruszyło dalej. Druga część trasy miała być dużo trudniejsza, bo Góry Suche są wciąż dzikie, daleko od szos.

Góry Suche przywitały deszczem
Na drugim etapie problemem stało się narastające zmęczenie i brak snu i deszcz. Tu była bardzo ostra selekcja: sprzętu, przygotowania i przede wszystkim odporności psychicznej. Kto wcześniej nie przetestował górskiego obuwia, ten cierpiał. Kto poszedł w adidasach, ten miał odciski. Kto nie zadbał o pelerynę, ten mókł. Góry Suche, nomen omen, okazały się w najwyższych partiach mokre. Nie było tragicznie, ale niektórym w butach chlupało.

— A trasa wiodła jak wściekła — non-stop w górę i w dół. Ostatnie 22 km chyba zapadną wszystkim w pamięci, same wejścia i zejścia — wspomina Violetta Semczuk. Głodna, Kościelec, Javorowy vrch, Płoniec: za każdym wierchem zejście w dół, szczególnie strome zejścia dające się we znaki stawom i mięśniom. — A Szpiczak to jedna wielka wyrypa, wejście tragedia, pion, i zejście jeszcze gorsze — mówi Violetta. — Wiele osób właśnie na tych schodzeniu zaliczyło „zjazd” — dodaje Mirek Listowski.

Na Wyrypie nie liczy się szybkość i siła ale przede wszystkim doświadczenie i rozsądek. Przekonał się o tym jeden z kolegów, który źle dobrał obuwie i skarpety. „Wyrypa” szybko zweryfikowała takie przygotowanie. Ania Listowska opowiada: — Na nogach kolegi pojawiły się pęcherze, więc nie mógł już iść. Na szczęście w naszej ekipie znalazł się MacGyver, który skonstruował prowizoryczne nosze. Współpraca grupy sprawiła, że weszliśmy pod Szpiczak z rannym i w komplecie dokończyliśmy wyprawę. Pod wzniesienie trzech siłaczy niosło poszkodowanego na barana, a pozostałe cztery osoby nosze z plecakami. Na wypłaszczeniu poszkodowany trafiał na nosze i tak każdy się zmieniał, żeby jakoś pomóc. Trzeba dodać, że jak było dość strome zejście , to chłopak musiał iść o własnych siłach.
W tym czasie sędzia zawodów czekał już w bazie. — Odebrałem telefon, ale nie mogłem wiele zrobić. To jednak dzikie góry i samochodem osobowym nie było szans dotrzeć do rannego z żadnej strony. Wyruszyłem więc naprzeciw pieszo. Gdy dotarłem pod Szpiczak, chłopcy już znaleźli rozwiązanie i obyło się bez wzywania GOPR-u. — Ale 5 km było co nieść — dodaje Marek Nowotarski.

Szpiczak, właściwie: Ruprechtický Špičák, 880 m n.p.m. był kulminacją trasy. „Młodzież” była już tam o godzinie 5:40, chociaż z przygodami. Bardziej doświadczona i stateczna grupka „starców” zameldowała się tam o 8:15. Zejście do schroniska było już tylko formalnością, o 9:45, po niemal 15 godzinach marszu, i sporo przed limitem czasowym, wszyscy zameldowali się na mecie. Giepeesy niektórym wskazały 47 km.
W ciepłym i suchym schronisku „Andrzejówka”, przy herbacie, zdania były podzielone. Młodzież zapewniała: „nigdy więcej”, a geriatria: „Kiedy znowu?”.

Małgorzata Palus: — Było super. Dowiedziałam się, dlaczego wędrujemy nocą, a nie w ciągu dnia…, dlaczego dużo idziemy asfaltem. W dalszym ciągu nie potrafię jednak skorzystać z mapy i GPS. Nie musiałam, ponieważ byłam w grupie, gdzie z mapami „walczyło” kilka osób. Moja grupa była fantastyczna, zgrana, pilnująca się nawzajem. — A ja jechałam na tę Wyrypę 600 km pociągiem i… następnym razem też chętnie na takie wydarzenie przyjadę — dodaje Ania Palus.

Anna Karolewicz: — Mi utkwił w głowie podział uczestników na „młodzież” i „geriatrię” i to, że wszyscy mieli z tego uciechę. Zapamiętałam szczególnie: mobilny punkt kontrolny czekający ze słowami otuchy, które dodały nam skrzydeł; punkt żywieniowy (czym chata bogata); dobre słowo; a nawet kocyk się znalazł.

Andrzej Staśkiewicz: — Oprócz kocyka była też folia ratunkowa, na szczęście zbędna. Funkcja mobilnego sędziego sprawiła mi wiele satysfakcji. Czekałem na trasie, ale nikt nie wiedział w którym miejscu i wszyscy musieli się trzymać dokładnie szlaku. Po spełnieniu obowiązków sędziego, pozazdrościłem uczestnikom i przyłączyłem się do ostatniej grupy, docierając aż na półmetek.

Anna Posyniak: — Ja zapamiętałam łąkę ogrodzoną pastuchem, którą trzeba było omijać. A tam ohydne ćmy i owady lecące do latarek-czołówek. Najczęściej jednak do oczu i ust, a myślę, że wówczas nikt nie był głodny.
— W pewnych momentach wyłączyliśmy lampki i szliśmy na tak zwanego czuja — dodaje Ania Listowska. — Później zamontowaliśmy światełka na kijkach i trzymaliśmy przed sobą w kierunku ziemi, co sprawiło, że owady atakowały kije zamiast nas.
Mirosław Listowski: — Tę wyprawę na pewno będę mile wspominać, bo to było duże wyzwanie i sprawdzenie własnej kondycji, wytrzymałości psychicznej oraz orientacji w terenie. Szlak był dość ciężki, były wysokie wzniesienia, jednak trudniej było schodzić. Zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, było zimno i mokro, bo zaczął padać deszcz, jednak szliśmy dalej. Wyprawa bardzo udana i tu największe brawa należą się Pani Violi i jej mężowi Andrzejowi, za organizację tak cudownego szlaku. Za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, za troskę i wsparcie i cudowną kawę na pierwszym punkcie. Nie byłoby przygody gdyby nie Oni, jesteście wielcy, dziękujemy, że mogliśmy uczestniczyć w tej wyprawie.

I chyba wszyscy podpisują się pod tymi słowami.

Na koniec kierowniczka „Łazików” podsumowała: — Jak wiecie, ja rzucam tylko szalone pomysły, a mój mąż je opracowuje. Tak było i tym razem. Ja podsunęłam pomysł, a resztę zrobił cały sztab ludzi. Chciałam serdecznie podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego wydarzenia, twórcom medali, dyplomów i numerów startowych, sędziom na punktach kontrolnych.

I Wyrypę Łazików zaliczyli: Michał Culic, Henryk Domiński, Leszek Januszek, Anna Karolewicz, Sławomir Kaźmierczak, Anna Listowska, Mirosław Listowski, Maciej Melnyczuk, Agata Nowotarska, Marek Nowotarski, Anna Palus, Magorzata Palus, Anna Posyniak, Piotr Posyniak, Tomasz Rusin, Violetta Semczuk, Beata Sieńko, Rafał Skwarło, Iwona Zubicka. Gratulujemy!

Organizatorzy
fot: Anna Listowska, Małgorzata Palus, Andrzej Staśkiewicz