Brzeżanin w Japonii (cz.6) Targ rybny, dzielnica dla bogaczy i cesarski pałac

0
377

Na Tsukiji Market już od świtu jest gwarno jak w ulu. Około 5 rano zaczynają się tu aukcje tuńczyków, które osiągają rozmiary samochodów osobowych. Ale handluje się w tym miejscu nie tylko takimi gigantami. Sprzedaje się wszystkie rodzaje ryb, począwszy od najmniejszych sardynek,  a także wszelkiego rodzaju owoce morza.


Tsukiji Market to miejsce pełne wspaniałych kolorów i egzotycznych zapachów

Tsukiji Market to największy na świecie targ rybny i jeden z największych targów żywnościowych w ogóle. Został założony w 1923 roku, ale jego tradycja sięga okresu Edo. Uliczki prowadzące wzdłuż stoisk i kramów każdego dnia przemierzane są przez dziesiątki tysiący klientów. Każda, nawet najmniejsza, alejka jest zagospodarowana, co sprawia, że niekiedy niezwykle trudno przebrnąć przez tłum.

Warto zaglądać w boczne uliczki, w których też tętni życie

Około godziny 10 targ otwiera się dla zwykłych obywateli, którzy robią tu zakupy lub przychodzą zjeść coś w jednym z niezliczonych kramów. Wśród klientów zobaczyć można sporo gaijinów, a co za tym idzie, sprzedawcy jako tako posługują się językiem angielskim. Nawet tak duże udogodnienie nie zmienia faktu, że nie potrafię nazwać 90 procentów potraw i produktów, które widzę na wyładowanych po same brzegi kramach.

Trudno w to uwierzyć, ale cały towar znika w ułamku sekundy

Poruszanie się po Tsukiji Market jest dla mnie tym samym, czym byłaby podróż na dna mórz i oceanów. Niby wiem, że żyją tam tysiące różnych gatunków ryb i innych stworzeń, ale za skarby świata nic o nich nie potrafię powiedzieć. Tak samo tutaj, patrzę sobie na jakieś glony i inne dziwadła. Co to dokładnie jest? Jak to zjeść? Z czym podać? Nie mam zielonego pojęcia.

Tsukiji Market to niezbyt dobre miejsce dla wegetarian

Prawda jest jednak taka, że jeśli chcesz zjeść świeże ryby i owoce morza, to nie ma na świecie lepszego miejsca niż Tsukiji Market. Dlatego właśnie decyduję się stać pół godziny w kolejce do jednego z lokali, w którym następnie zamawiam michę z 12 rodzajami surowych ryb i owoców morza oraz kilka rodzajów sushi. Na szczęście jest instrukcja, jak to wszystko jeść, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa nie sprofanowałem żadnej potrawy. Po obiedzie zjedzonym na targu Tsukiji wiem już dlaczego tak wiele osób powtarza – kto był w tym miejscu, nigdy w życiu nie tknie „japońskiego” jedzenia serwowanego w Europie. Pewnych rzeczy nie da się podrobić. Koniec, kropka.

Mój obiad przed chwilą pływał sobie jeszcze spokojnie w morzu

Targ nie funkcjonuje do późna, bo wszystko sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie wiedziałem o tym i przez to nie udało mi się spróbować kilku ciekawych przysmaków, jak choćby, przypominającej fikuśnego lizaka, smażonej ośmiornicy na patyku. Wróciłem na Tsukiji Market zbyt późno i większość kramów była już zamknięta.

Bardzo żałuję, że nie spróbowałem tak zaserwowanej ośmiornicy

Po podróży przez dna mórz i oceanów ruszam w stronę Pałacu Cesarskiego. Aby tam dotrzeć, muszę jednak w pierwszej kolejności przejść przez Ginzę. Jest to jedna z najdroższych dzielnic Tokio. Pełno w niej ekskluzywnych sklepów, butików, restauracji, kawiarenek i jubilerów. Na każdym kroku widać znane marki – Gucci, Giorgio Armani, Hugo Boss i cała gama azjatyckich krezusów mody. Wieżowce pełne szyldów, ogromne witryny pełne ekskluzywnych towarów, korporacyjni szefowie wystrojeni w garnitury za bajońskie sumy, a obok tego cała reszta zwykłych obywateli, którzy po prostu przypadkiem przechodzą przez ten luksusowy świat – taka właśnie jest Ginza.

Ginza – świat lansu i luksusu

Nazwa dzielnicy pochodzi od mennicy srebra, która znajdowała się na tym terenie w latach 1612–1800. Jeśli ktoś chce się pokazać, zabłysnąć wśród elit, to jest to dla niego odpowiednie miejsce. W jednym ze sklepów znajdujących się w tej dzielnicy widziałem pierścionek za 72 mln jenów, czyli jakieś 1 400 000 PLN. Jakby ktoś szukał pierścionka zaręczynowego, to mogę pokazać gdzie.

Kolejny punkt mojej podróży, znajdujący się w dzielnicy Chiyoda Imperial Palace, stanowi miejsce znacznie bardziej stonowane. Co prawda powierzchnia całego zespołu pałacowego, z kompleksem budynków o różnym przeznaczeniu, wynosi 341 hektarów, ale już sam Pałac Cesarski w Tokio nie jest budowlą imponującą, czy zapierającą dech w piersiach. O wiele większe wrażenie robi pałac w dawnej stolicy Japonii – Kioto.

Pałac Cesarski w Tokio

Niewiele da się zresztą w tym miejscu zwiedzić, a jeszcze mniej jeśli się nie ma ze sobą paszportu, który wymagany jest do odbycia podstawowej wycieczki. Pałac Cesarski jest ogólnie dostępny tylko dwa dni w roku: w urodziny cesarza oraz z okazji Nowego Roku. Rodzina cesarska ukazuje się wówczas na oszklonym tarasie.

W pozostałe dni Cesarz Japonii najwyraźniej ceni sobie prywatność, bo jego rezydencja położona jest w takim miejscu, że trudno nawet zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Drzewa, mury i inne przeszkody w „zupełnie przypadkowy sposób” zasłaniają wszystko, co mogłoby zaciekawić turystę.

Most, budynki obronne i herbaciarnia – kompleks budynków przy Pałacu Cesarskim

Pozostaje zatem wyciszyć się w przypałacowych Wschodnich Ogrodach lub wrócić na pobliską Ginzę, aby w kilka chwil roztrwonić wszystkie oszczędności. Od biedy można też zakumplować się z jednym z wielu kruków mieszkających w pobliżu Pałacu Cesarskiego. Im jest wsio rawno czy jesteś gaijin, czy nie.

Niezbyt dobrze idzie mi dogadywanie się z Japończykami, to się dogadałem z tym oto ziomkiem

Autorem cyklu jest Krystian Ławreniuk – brzeżanin, autor zbioru opowiadań „Ziemia Wróżek’ oraz tomu poetyckiego „Arkansas”, który sam się określa mianem „bardzo początkującego podróżnika”.