Zaczęło się od krzywdy jednego dziecka. Dziś w Grodkowie coraz wyraźniej widać, że nie był to odosobniony przypadek, lecz początek historii, która odsłania znacznie poważniejszy problem. Na pierwszy plan wychodzi sieć powiązań, decyzji i zaniechań, które przez wiele miesięcy nie doprowadziły do realnej ochrony pokrzywdzonego CHŁOPCA. Wraz z ujawnieniem sprawy pojawiają się kolejne relacje i sygnały dotyczące innych dzieci, co pokazuje, że skala problemu może być większa, niż początkowo sądzono. Coraz częściej pojawiają się także pytania o rolę osób decyzyjnych, w szczególności burmistrza Miłosza Kroka, przewodniczącego Dariusza Gajewskiego oraz dyrektor Anny Stankowskiej, a także o to, czy w tle nie funkcjonuje układ niejasnych powiązań personalnych.
UWAGA: Imiona i nazwiska osób w tekście zostały zanonimizowane. Także daty i niektóre miejsca.
To nie jest już wyłącznie historia jednego skrzywdzonego dziecka. To historia systemu, który miał reagować szybko i skutecznie, a przez wiele miesięcy nie potrafił zapewnić pokrzywdzonemu uczniowi podstawowego poczucia bezpieczeństwa. Coraz wyraźniej widać, że mamy do czynienia z układem niejasnych powiązań personalnych, a wraz z ujawnieniem tej sprawy na jaw wychodzą kolejne krzywdy innych dzieci.
Podczas wyjazdu sportowego w dniach 13–15 czerwca 2025 roku doszło do zdarzeń, które zostały szczegółowo opisane w dokumentach sądowych i medycznych. Ich charakter nie pozostawia wątpliwości co do powagi sytuacji.
Cytat z postanowienia sądu dla nieletnich:
„Z dokumentów znajdujących się w aktach śledztwa wynika, że podczas przerw między meczami OPRAWCA 1, OPRAWCA 2 i OPRAWCA 3 mogli dopuścić się wobec młodszego kolegi zachowania przestępnego, polegającego na umieszczaniu końcówki pompki do dmuchania materaca w odbycie małoletniego i wtłaczaniu powietrza. OPRAWCA 1 miał dodatkowo wkładać CHŁOPCU palce w odbyt. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie […]. Uczniowie przebywali na zawodach pod opieką trenera, który nie był obecny przy tych incydentach, nie zgłoszono mu o nich informacji w trakcie trwania zawodów. Małoletni CHŁOPIEC skierowany został na badanie do Uniwersyteckiego Szpitala Medycznego w Opolu w celu zabezpieczenia śladów na tle seksualnym. W dniu 17 czerwca 2025 r. odbyła się konsultacja specjalistyczna. U pokrzywdzonego ustąpiły dolegliwości bólowe brzucha, jednak w okolicach odbytu w dalszym ciągu występowało zaczerwienienie, nie było widocznych ran.”
10 lipca 2025 roku sąd wydał pierwsze postanowienie, w którym nakazał przeniesienie sprawców do innych szkół. W uzasadnieniu wskazano jednoznacznie na konieczność ochrony dobra pokrzywdzonego dziecka.
Szkoła została poinformowana o zdarzeniu już 16 czerwca 2025 roku. Oznacza to, że wiedza o tym, co spotkało chłopca, była dostępna praktycznie natychmiast po zakończeniu wyjazdu.
Kilka dni później, jak wynika z ustaleń kuratorium, informacja trafiła również do burmistrza. Sprawa nie była więc ograniczona wyłącznie do poziomu szkoły.
17 czerwca chłopiec został poddany badaniu lekarskiemu, co dodatkowo potwierdza, że zdarzenie miało charakter poważny i zostało udokumentowane.
10 lipca zapadło postanowienie sądu. Decyzja była jednoznaczna i dotyczyła przeniesienia sprawców do innych placówek.
W tym momencie wszystkie kluczowe instytucje posiadały wiedzę i dysponowały rozstrzygnięciem sądowym, które wskazywało kierunek działania.
Mimo to sytuacja w praktyce nie uległa zasadniczej zmianie.
Rozpoczął się kolejny rok szkolny, a pokrzywdzony uczeń nadal przebywał w tej samej przestrzeni co osoby wskazane w postępowaniu jako sprawcy. Mijały kolejne miesiące, a stan ten utrzymywał się.
W lutym 2026 roku zapadło kolejne postanowienie sądu, w którym ponownie wskazano na naruszenie godności i nietykalności dziecka oraz powtarzalny charakter zdarzeń.
Mimo tego trudno wskazać moment, w którym doszło do jednoznacznej i skutecznej reakcji systemu.
Problemem nie był brak wiedzy. Problemem był brak zdecydowanych działań, które doprowadziłyby do natychmiastowego rozdzielenia uczniów.
Na sposób postrzegania tej sprawy wpływają również relacje personalne.
Dziadek jednego ze OPRAWCÓW przez lata pełnił funkcję szefa oświaty w gminie. Było to stanowisko mające realny wpływ na funkcjonowanie placówek edukacyjnych, w tym na wybór kadry kierowniczej oraz organizację pracy szkół. Dla nauczycieli i kierownictwa szkół był takim, mówiąc kolokwialnie, „drugim po Bogu”
To on organizował konkurs na stanowisko dyrektora szkoły, do której uczęszczali zarówno pokrzywdzony uczeń, jak i sprawcy. W jego wyniku funkcję objęła obecna dyrektorka Anna Stankowska, a wcześniej tę samą placówkę prowadziła jego żona (babcia jednego z OPRAWCÓW), co wskazuje na ciągłość wpływu na funkcjonowanie szkoły.
Ten sam urzędnik organizował również konkurs, w wyniku którego dyrektorem szkoły został obecny burmistrz Miłosz Krok zanim zaczął pełnić funkcję włodarza gminy.
Matka jednego ze sprawców pracuje jako nauczycielka w tej samej placówce.
W kontekście tych informacji pojawiają się pytania o bezstronność i sposób podejmowania decyzji w sytuacji, która wymagała jednoznacznych działań. Dla wielu mieszkańców Grodkowa, dla rodziców uczniów, z którymi rozmawialiśmy, to ewidentny układ personalnych powiązań.
Radni chcieli, by sprawa została omówiona publicznie. Złożyli formalny wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej, powołując się na przepisy ustawy o samorządzie gminnym. W porządku obrad miała znaleźć się informacja burmistrza dotycząca przebiegu zdarzeń, działań podjętych przez urząd oraz współpracy z innymi instytucjami. Planowano także wystąpienia dyrektorki szkoły, przedstawiciela kuratorium oraz możliwość zadawania pytań przez radnych i mieszkańców.
17 marca wniosek trafił do przewodniczącego rady miejskiej. Trzy dni później, 20 marca, została wydana odmowa jego realizacji.
W uzasadnieniu wskazano, że sprawa nie należy do kompetencji rady miejskiej, ponieważ szkoła podlega burmistrzowi jako organowi prowadzącemu, a nadzór pedagogiczny sprawuje kuratorium. Podniesiono również kwestie formalne, w tym brak projektów uchwał oraz nieprawidłowo sformułowany porządek obrad.
Radni mieli jednak inne stanowisko. Wskazywali, że bezpieczeństwo uczniów w szkołach prowadzonych przez gminę jest sprawą publiczną, a rada ma prawo żądać informacji i kontroli działań organu wykonawczego. Podkreślali, że sesja miała charakter informacyjny, a nie decyzyjny, i nie wymagała podejmowania uchwał.
W praktyce oznacza to, że w momencie największego zainteresowania sprawą nie doszło do jej publicznego omówienia na forum rady miejskiej. Mieszkańcy nie usłyszeli odpowiedzi na pytania, które pojawiały się coraz częściej.
Temat został zamknięty na poziomie formalnym, zanim zdążył wybrzmieć publicznie.
W sprawach tej wagi mieszkańcy oczekują jasnych informacji, konkretnych działań i odpowiedzialności. Tymczasem w tej sytuacji zamiast wyjaśnień pojawiły się odpowiedzi o charakterze formalnym, które nie odnosiły się do najważniejszych pytań.
Burmistrz nie przedstawił szczegółowego przebiegu działań podjętych po otrzymaniu informacji o zdarzeniu. Nie odniósł się do tego, jakie decyzje zapadły w kluczowych momentach ani dlaczego mimo postanowienia sądu z lipca 2025 roku sytuacja w szkole przez wiele miesięcy nie uległa zasadniczej zmianie.
W odpowiedzi wskazano jedynie, że sprawa dotyczy skargi na działalność dyrektorki szkoły, a tym samym nie ma podstaw do udzielania informacji w szerszym zakresie. Taka interpretacja ogranicza jednak debatę do jednego poziomu, pomijając rolę organu prowadzącego, który odpowiada za funkcjonowanie placówki.
Miłosz Krok tak uciekał od działania i odpowiedzialności pisząc do radnych:
„… informuję, iż przedmiotem prowadzonego postepowania jest skarga na działalność Dyrektora Publicznej Szkoły Podstawowej nr 1 im. Mikołaja Kopernika w Grodkowie. W związku z powyższym brak jest podstaw do udzielenia przeze mnie odpowiedzi na pytania dotyczące ww. skargi…”
Brak odpowiedzi na pytania o czas reakcji, sposób działania i nadzór nad sytuacją powoduje, że w przestrzeni publicznej pozostają wątpliwości, które nie zostały rozwiane.
Stanowisko dyrektorki opiera się na wskazaniu obowiązujących procedur i braku podstaw prawnych do działań wykraczających poza standardowe kompetencje. Tego typu argumentacja pojawia się często w sytuacjach trudnych, jednak w tym przypadku budzi ona dodatkowe pytania.
Z jednej strony wskazuje się na ograniczenia formalne, z drugiej podejmowane są decyzje, które trudno jednoznacznie powiązać z obowiązującymi procedurami. W efekcie zamiast spójnej strategii działania pojawia się obraz reakcji podejmowanych pod presją, bez jasnego kierunku i konsekwencji.
Zamknięcie szkoły dla osób z zewnątrz w dniach 16–20 marca stało się jednym z najbardziej kontrowersyjnych działań. Dyrektorka tłumaczyła je młodzieży względami bezpieczeństwa oraz ochroną danych osobowych. Podobne argumenty miały paść również wobec policji podczas interwencji zgłoszonej przez radnego, który chciał przekazać pytania. Jednak, kiedy w końcu podała do publicznej wiadomości na stronach BIP swojej szkoły to zarządzenie przyczyny były zupełnie inne.
„… związku z pojawiającymi się zagrożeniami dla bezpieczeństwa uczniów i pracowników szkoły, w tym nieuprawnionym dostępem osób obcych, presją medialną oraz szerzącym się hejtem, wprowadza się czasowe ograniczenie dostępu do budynku szkoły i terenu szkolnego…” – pisze w swoim zarządzeniu dyrektor Anna Stankowska.
Problem w tym, że trudno wskazać realny związek między taką decyzją a rozwiązaniem sytuacji. Jak można ograniczyć hejt, który funkcjonuje w przestrzeni internetowej, zamykając fizycznie szkołę? W jaki sposób zamknięte bramy mają zmniejszyć presję mediów?
Takie działania bardziej przypominają próby pozorne niż realne rozwiązania. W opinii części mieszkańców można je porównać do sytuacji, w której ktoś próbuje, jak szamanka dymem, leczyć poważną infekcję, czyli metodami całkowicie nieadekwatnymi do problemu. Zamiast zmierzyć się z istotą sprawy, podejmowane są działania, które nie przynoszą efektu.
W praktyce decyzja o zamknięciu szkoły może być odbierana jako próba ograniczenia dostępu do informacji oraz odsunięcia się od odpowiedzialności, a nie jako realne działanie naprawcze, albo jako zwykła ucieczka przed pytaniami mediów i radnych.
Jeszcze większe wątpliwości budzi sposób wprowadzenia tej decyzji. Zarządzenie zostało sporządzone dopiero 21 marca, a opublikowane dzień później, gdy już nie obowiązywało. Co więcej, w jego treści wskazano inne uzasadnienie niż to, które wcześniej pojawiało się w komunikatach.
Tego typu rozbieżności podważają spójność działań i komunikacji, a także utrudniają ocenę, czy podejmowane decyzje miały charakter systemowy, czy były jedynie reakcją na narastającą presję.
Po ujawnieniu sprawy zaczęły pojawiać się kolejne relacje, które wskazują, że problem może mieć znacznie szerszy charakter, niż początkowo sądzono.
Jak wynika z relacji rodziców oraz dokumentów, którymi dysponujemy, jeden z uczniów miał przez dłuższy czas doświadczać przemocy werbalnej ze strony jednego ze OPRAWCÓW, który skrzywdził na wyjeździe CHŁOPCA. Nie był to incydent jednorazowy, lecz powtarzające się zachowania, które stopniowo narastały.
Sytuacja była wielokrotnie zgłaszana dyrektorce szkoły. Jak relacjonuje matka chłopca, kończyło się to na zapewnieniach, że sprawa zostanie rozwiązana. Realnych działań jednak nie było.
W tym czasie chłopiec pozostawał sam z problemem. Presja narastała, a skutki były dramatyczne. Dziecko zaczęło się samookaleczać.
Dopiero zgłoszenie sprawy na policję doprowadziło do podjęcia konkretnych działań. Wcześniej problem funkcjonował w obrębie szkoły, bez skutecznej reakcji, która zapewniłaby dziecku bezpieczeństwo.
Dziś pozostają konsekwencje. Trauma, z którą trzeba żyć, i ślady, które nie znikną.
Pojawia się pytanie, na które trudno odpowiedzieć. Kto ponosi za to odpowiedzialność i kto jest w stanie to naprawić.
Podobne sygnały dotyczą dziewczynki, która również miała być obiektem działań tego samego ucznia. Jak wynika z relacji, była wyśmiewana i poniżana, w tym ze względu na swój wygląd.
Sytuacje te miały miejsce także podczas zajęć sportowych. W efekcie dziewczynka zrezygnowała z udziału w nich.
W tym przypadku również konsekwencje są długotrwałe. Poczucie wstydu, kompleksy i strach, które pozostają znacznie dłużej niż sama sytuacja.
Każdy z tych przypadków wymaga indywidualnej oceny, jednak ich pojawienie się dopiero po nagłośnieniu sprawy chłopca pokazuje, że wcześniejsze problemy mogły nie być skutecznie rozwiązywane lub nie wychodziły poza mury szkoły.
Dotarliśmy także do osób, które potwierdziły, że kilku rodziców zdecydowało się przenieść swoje dzieci do innych szkół, aby nie narażać ich na podobne sytuacje oraz brak reakcji dyrektorki.
Gdyby nie nasz tekst o skrzywdzonym chłopcu, o tych przypadkach nadal nic by nie było wiadomo. Ile jeszcze takich historii wyjdzie na jaw? Tego dziś nie wiadomo.
To zmienia obraz całej sprawy. Z pojedynczego zdarzenia zaczyna wyłaniać się szerszy problem, który przez długi czas pozostawał niewidoczny dla opinii publicznej.
Kluczowe znaczenie w tej sprawie miała postawa pokrzywdzonego ucznia oraz jego rodziny. Krzywd nie da się naprawić. Nie da się cofnąć tego, co spotkało chłopca i inne dzieci. Nie da się przywrócić im poczucia bezpieczeństwa i spokoju, które mieli wcześniej. Ale jest coś, co się zmieniło.
Ta sprawa wyszła na jaw. Układ został pokazany. Prawda zaczyna powoli wychodzić na powierzchnię. I to jest ich zwycięstwo.
Prawdziwym bohaterem tej historii jest skrzywdzony chłopiec i jego rodzina. Nie poddał się. Mimo tego, co przeżył, wracał do szkoły, widząc codziennie tych, którzy go skrzywdzili. Widział ich uśmiechy, ich pewność siebie, ich brak konsekwencji.
Nie uciekł. Nie wycofał się. Pokonał strach i wstyd. Tak samo jak jego rodzice.
Dla nas to właśnie on jest bohaterem. To on sprawił, że to wszystko zostało ujawnione, że ten system i powiązania przestały być niewidoczne.
Nie ma dziś znaczenia, czy zostanie w tej szkole, czy odejdzie.
On już wygrał.
Mimo traumy i krzywd, które będzie niósł jeszcze długo. Dzięki niemu ta szkoła już nigdy nie będzie taka sama. I być może będzie choć trochę bezpieczniejsza dla innych dzieci.
PS1.
Mama CHŁOPCA chciała publicznie podziękować grodkowskiej policji, która jej zdaniem jako jedyna instytucja realnie wywiązała się ze swoich obowiązków wobec jej dziecka. Szczególne podziękowania skierowała do dwóch funkcjonariuszek z Grodkowa, które na początku całej sprawy zajmowały się sprawą.
Jak podkreśla, funkcjonariusze nie zbagatelizowali sprawy, podjęli konkretne działania i potraktowali sytuację z należytą powagą oraz empatią, jakiej w tej sytuacji oczekiwała jako matka.
W jej imieniu przekazujemy serdeczne podziękowania dla policjantów za profesjonalizm, zaangażowanie i wsparcie okazane w jednym z najtrudniejszych momentów dla rodziny.
PS2.
Do sprawy będziemy wracać
2 0
No to Grodków to teraz takie małe Kłodzko .patologia ,zwyrodnialcy a władze gminy nie reagują a można było iść na referendum i była by szansa na uczciwe postępowanie .
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz