Wiadomości

Zamknij

Kim jest major Fiszer

red 10:53, 20.02.2013 Aktualizacja: 09:25, 21.10.2025
Skomentuj Kim jest major Fiszer

W związku z częstymi wystąpieniami w telewizji (dot. katastrofa TU-154) kontrowersyjnego eksperta wojskowego i lotniczego mjr-a Michała Fiszera – posądzanego o manipulowanie śledztwem na zlecenie Wojskowych Służb Informacyjnych - Panorama publikuje tekst naszego redakcyjnego kolegi, który przed laty zabrał głos w tej sprawie.

W związku z częstymi wystąpieniami w telewizji (dot. katastrofa TU-154) kontrowersyjnego eksperta wojskowego i lotniczego mjr-a Michała Fiszera – posądzanego o manipulowanie śledztwem na zlecenie Wojskowych Służb Informacyjnych - Panorama publikuje tekst naszego redakcyjnego kolegi, który przed laty zabrał głos w tej sprawie.

„MISIU” - tekst Marka Popowskiego – czasopismo lotnicze, dn. 16 czerwca 2010. 
Z zainteresowaniem przeczytałem w „Naszym dzienniku” tekst p.t. „WSI na odsiecz Klichowi”. Większa część artykułu, to zupełna prawda. Major Michał Fiszer ukończył Akademię Wojskową i był pilotem. Latał na SU-22 i jakiś czas zajmował się rozpoznaniem lotniczym. Prawdą jest też, że w związku ze stanem zdrowia (czytaj: wielką nadwagą), musiał porzucić latanie i stał się piechurem. Rzeczywiście, pracował jako oficer łącznikowy w ataszacie i był obserwatorem wojskowym w Iraku oraz Kuwejcie. Zgodzę się też, że jest ekspertem lotniczym, ale… nie niezależnym, ponieważ w wojsku takich ekspertów w ogóle nie ma. Ogólne dane, przytoczone przez dziennik, uważam za profesjonalne i poprawne. Sądzę jednak, że wyciągnięte wnioski - są zbyt daleko idące!  
Michała Fiszera poznałem w 1993 roku, podczas wojskowej misji pokojowej ONZ na Bałkanach. Polski batalion stacjonował wówczas w Chorwacji, w środku strefy okupowanej przez Serbów. Rozgrywała się tam regularna wojna i Fiszer był oficerem piechoty w stopniu kapitana. Zajmował się sprawami operacyjnymi oraz kontaktami z przedstawicielami zwaśnionych stron. Zakwaterowany był w miejscowości Slunj (niedaleko Plitvickich jezior), gdzie razem zajmowaliśmy wspólną kwaterę. Michał od razu dał się poznać jako inteligentny, zdolny i uczciwy oficer. Był pogodny, dowcipny i gadatliwy. Miał przyjaciół, wiele zainteresowań, ale najbardziej lubił… jeść. Nawet w środku nocy potrafił obżerać się chrupkami, co niekiedy nie dawało mi spać. Jak każdy w wojsku - nie wylewał za kołnierz, ale pił z umiarem i kulturą. Oczywiste jest, że zupełna abstynencja eliminowałaby go z pracy w Wojsku Polskim. Zdarzało się, że kilka razy w miesiącu wjeżdżaliśmy wspólnie w teren. Przeważnie zajmowaliśmy się poszukiwaniem ukrytej broni, eliminowaliśmy zagrożenia dla naszego wojska i negocjowaliśmy ze stronami konfliktu krótkotrwałe przerwania ognia. Najczęściej występowałem w roli jego tłumacza i doradcy. Fiszer korzystał z moich wiadomości o sytuacji w terenie, o uzbrojeniu Serbów, Chorwatów i Bośniaków oraz z moich map okolicy, ponieważ były lepsze, niż te z archiwów NATO. Ja zaś, byłem stale zachwycony jego olbrzymią wiedzą historyczną na temat bitew i starego, wojskowego sprzętu. Mój kolega zbierał książki, plakietki oraz wszelkie gadżety związane z wydarzeniami wojennymi. Jego pasją było sklejanie plastikowych modeli czołgów, transporterów wojskowych, okrętów i samolotów, na które wydawał połowę zarobionych na misji pieniędzy. Znam dobrze Michała Fiszera. Nie sądzę, żeby inwigilował on lub inspirował jakiekolwiek media. Interesowało go wszystko, co związane było z wojnami, lotnictwem i polską armią. Michał chciał być wszędzie, wszystko widzieć i we wszystkim brać udział. Z pewnością nie był jakimś lobbystą, czy manipulatorem. Ktoś, kto go zna, jako papuśnego, ciepłego Misia (tak, przyjaźnie nazywali go koledzy w wojsku), nie da wiary, że zamieszany jest on „w próbę odwrócenia uwagi publicznej od MON i Sił Powietrznych, które (zdaniem autora), na skutek zapaści w szkoleniach, doprowadziły do kolejnych katastrof lotniczych”. Potwierdzam, że jedyne, co można mu zarzucić, to popieranie w mediach udziału Polski w wojnie w Iraku, umieszczenie w naszym kraju amerykańskiego systemu antyrakietowego i zakup samolotów szkoleniowych. Ale to nie jest wielki grzech. Częściowo, podobne oceny miało wielu polityków, w tym, śp. Pan Prezydent Lech Kaczyński. Przyklejanie majorowi Michałowi Fiszerowi łatki „współpracownika WSI”, tylko dlatego, że miał z tą służbą coś wspólnego po 1997 roku, to gruba przesada. Fiszer, to facet lubiący być w kręgu zainteresowania i mający parcie na mikrofon. Mówił zazwyczaj to, co powiedziałby każdy inny oficer WP, będący na jego miejscu. Cywile, nie bez powodu nazywają część zawodowej kadry wojskowej „trepami”. W wojsku, oprócz procedur i rozkazów - obowiązuje „solidarność” zawodowa, bez której nie da się w tej instytucji przetrwać, ani zrobić kariery. Z jednym z dziennikarzy tygodnika „Wprost” zrobiłem swego czasu krytyczną publikację na temat dowództwa brygady (komandosów!) z Krakowa. Do dzisiaj mamy szlaban na wstęp do jednostek wojskowych i na proszoną grochówkę. Fiszer zachował się tak, jak na człowieka wojska przystało. W sprawie katastrofy TU-154 powiedział, być może, o jedno słowo za dużo. Zamiast posądzać go o agenturalne zachowania i wspieranie ministra obrony Bogusława Klicha, ja określiłbym go, co najwyżej, jako okropną gadułę i zwyczajnego lizusa. 
Marek Popowski 
 
ODPOWIEDŹ (fragmenty) - 15 listopada 2010 – mjr rez.  pil. inż. Michał Fiszer 
Dzięki Marku za rzetelną ocenę. (…) Chciałem wyjechać na misję ONZ (dla pieniędzy niestety), więc zrezygnowałem z latania (…). A w Jugosławii faktycznie żarłem nad miarę, ale to chyba ze stresu. Pierwszy raz byłem tam w ogniu prawdziwych walk (sam wiesz, jak było na Turanju na przykład, ale nie tylko) i na początku strasznie się bałem. Ale potem się trochę przyzwyczaiłem. Najgorsze były te cholerne moździerze. Słyszałeś wystrzał, gdzieś daleko po drugiej stronie i 12-15 sekund czekałeś na upadek pocisku gdzieś blisko. Ze zdrowiem nigdy problemu nie miałem.  (…) Jakoś tylko schudnąć mi ciężko. (…) Muszę przyznać, że nadmiar roboty "biurkowej" powoduje, że mało się też ruszam. Nie sądzę jednak – jak piszesz - abym był lizusem. Nie mam się komu podlizywać. Od obecnych dowódców nic nie zależy w moim życiu. Pracuję zupełnie gdzie indziej. Jestem wykładowcą Collegium Civitas, obroniłem doktorat na AON. CC to uczelnia całkowicie cywilna. Jedynie wiem, jak wygląda praca w wojsku, a zapewniam Cię, że od czasu Jugosławii dużo się zmieniło. To cała epoka. Na początku lat 90. wojsko w Polsce stało w rozkroku. Było poważne zachwianie dyscypliny, ludzie nie wiedzieli, jak zareagować na zachodzące wokół zmiany systemowe. Większość je oczywiście popierała, wręcz spełniły się najcichsze marzenia wielu z nich. Ale z drugiej strony festiwal wolności bardzo źle wtedy wpłynął na armię, bo w wojsku panuje dyscyplina i o wolności mowy być nie może. Wielu nie było w stanie tego pogodzić. Ale później armia się pozbierała. Od końca lat 90. do dziś, stała się bardzo przyzwoitą organizacją, godną NATO. Wielu moich przyjaciół dziś zajmuje wysokie stanowiska w wojsku, ale nie muszę się im podlizywać, bo oni mają swoją robotę, a ja swoją. Oskarżenie mnie o inwigilowanie kogoś jest wręcz niedorzeczne. Przypominam, że za "komuny" nie było WSI, to organizacja rodem z III RP, jak UOP. Nie miałem żadnych zahamować, by przyjąć ofertę pracy w ataszatach pod flagą WSI, bo wiedziałem, że nawet gdybym był oficerem operacyjnym, to służyłbym już "wolnej" ojczyźnie, a to raczej powód do chwały, niż do wstydu. Na oficera operacyjnego nie nadawałem się jednak, więc nawet gdybym chciał, to nic z tego. Za bardzo rzucałem się w oczy, wszyscy mnie znali i rozpoznawali. Poza tym byłem gadułą, co się bardzo nie podobało w środowisku "operacyjnych" WSI. Natomiast z KW WSW, "za komuny", miałem raczej na pieńku. Ciągle czymś podpadałem, bo pochodziłem ze środowiska "solidarnościowego". Raz mało nie wyleciałem ze szkoły oficerskiej za słuchanie piosenek Jacka Kaczmarskiego. (…) Przeniesiono mnie z praktyk w Babimoście na praktyki w Białej Podlaskiej, jako "politycznie podejrzanego". Od komunistycznej służby kontrwywiadu wojskowego usłyszałem wiele gorzkich słów, drwin i gróźb. Totalnie mi z nimi było nie po drodze. Ale w 1997 r., kiedy zaproponowali mi pracę w WSI (ataszaty), okazało się, że 3/4 z nich to zupełnie nowi ludzie. Większość trafiła "do służb" już za III RP. Szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego WSI rozwiązano. Do dziś, ci którzy służyli w służbach PRL już byliby na emeryturze. WSI kontrolowało środowisko dziennikarskie w redakcjach zajmujących się tematyką wojskową, co zresztą było zrozumiałe, bo wokół tych redakcji kręciło się wielu różnych ludzi, czasem naprawdę związanych ze służbami państw, które nas nie lubią. Ale nikt w WSI nie był taki głupi, by wykorzystywać do tego własnych pracowników, o których wszyscy wiedzieli, że kiedyś pracowali w WSI, a ja tego faktu NIGDY nie ukrywałem. Całe środowisko wiedziało o tym, gdzie i kiedy pracowałem, w jakich jednostkach służyłem.. W WSI idioci nie pracowali i zwerbowali sobie współpracowników, których nikt nigdy by o to nie podejrzewał. Notabene, cywili którzy w wojsku nie służyli. Raport Macierewicza był dla wielu w "środowisku" kompletnym zaskoczeniem. Marku, pozdrawiam Cię serdecznie.
Michał Fiszer 
 
(red)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

0 0

To nie jest felieton. Matoły!!!

19:18, 20.02.2013
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

0 0

Interesujące teksty. Trochę krwi więcej by się przydało.

01:09, 21.02.2013
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

Jacek NHJacek NH

0 0

Co konkretnie mówił o katastrofie smoleńskiej?

15:13, 25.04.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%