Urzędnicza obojętność mogła doprowadzić do tragedii. Ta sprawa poraża brakiem ludzkiego zrozumienia

0
fot. archiwum

W ubiegłym tygodniu wielu mieszkańców miasta żyło sprawą zaginionej 61-letniej kobiety. Pani Elżbieta szczęśliwie się odnalazła, ale czarne myśli nie przestają jej towarzyszyć. Ta poruszająca historia ukazuje nie tylko rodzinny dramat, ale przede wszystkim brak zrozumienia i urzędniczą obojętność.


W życiu każdego człowieka pojawiają się różne sploty zdarzeń. Jedne niosą radość, szczęście i bogactwo, a inne smutek, cierpienie i utratę finansów. Los postanowił, że nie będzie oszczędzał pani Elżbiety i w ostatnich latach odebrał jej dwóch synów, którzy zginęli w tragicznych okolicznościach. Kobieta nie poddała się i wraz z mężem postanowiła wychować wnuka.

Mieszkanie zajmowane przez panią Elżbietę i jej rodzinę należy do zasobów Gminy Brzeg. Z całą pewnością nie jest to lokal komfortowy. Nadaje się do zamieszkania tylko dzięki cyklicznym remontom przeprowadzanym przez rodzinę.

– Te mieszkanie było dwukrotnie zalane przez powódź. Ogrzewanie, instalacja gazowa, instalacja elektryczna, malowanie, itp., to wszystko sami robiliśmy. Nawet jak pojawiła się awaria i z pieca ciekła woda, to Zarząd Nieruchomości powiedział, że musimy naprawić na swój koszt, bo oni tego nie montowali. Ze względu na trudną sytuację finansową powstało zadłużenie za czynsz. Komornik zajął środki z wynagrodzenia mojemu bratu i siostrze, a więc ten dług systematycznie maleje. Jeśli gospodarstwo domowe traci nagle 2 tys. złotych miesięcznie, to zaczyna brakować na opłaty bieżące. Gmina Brzeg wystąpiła do sądu o eksmisję – wyjaśnia Rafał, syn pani Elżbiety.

Sześć dni poszukiwań
W poniedziałek (6. maja) kobieta udała się do Zarządu Nieruchomości Miejskich oraz do burmistrza Jerzego Wrębiaka. Próbując opowiedzieć, co było dalej – zaczyna płakać. Pomaga jej syn, Rafał.
– Prosiła, aby nie eksmitować jej. Tłumaczyła swoją trudną sytuację, że zajmuje się wnukiem, który od czasu śmierci ojca jest pod opieką psychologa. On naprawdę potrzebuje spokoju i równowagi emocjonalnej, ale to nic nie dało, bo w odpowiedzi mama usłyszała, że „nic się nie da zrobić” i musi zostać eksmitowana na tzw. baraki przy ul. Konopnickiej.

Pani Elżbieta po wyjściu z brzeskiego magistratu załamała się. Na drugi dzień miała nastąpić eksmisja. Przez kilka dni błąkała się po mieście i nosiła się zamiarem najczarniejszego scenariusza. Dziś już wiadomo, że tylko myśl o czekającym na nią wnuku nie doprowadziła do tragedii. W sobotę (11. maja) syn i mąż pani Elżbiety dostrzegli ją na moście nad Odrą. Wracała do domu z nadzieją, że do eksmisji nie doszło.

I rzeczywiście tak było. – Pan komornik ze względów proceduralnych wstrzymał eksmisję o tydzień. Dłużej nie może czekać, bo Gmina Brzeg nie chciała dać mamie więcej czasu. Przecież tam są psy, kury, gołębie taty. Co z tym się stanie? Też przeniosą na baraki? – zastanawia się pan Rafał.

Byliby skłonni przesunąć eksmisję, gdyby mama się nie odnalazła…
Rodzina pani Elżbiety ma świadomość, że eksmisja nastąpi, ale proszą o więcej czasu. Kury i gołębie planują sprzedać, jednak nie da się tego zrobić w kilka dni. Nie chcą też trafić z 10-letnim dzieckiem do zdewastowanego lokalu na barakach. Sprawą zainteresowała się miejska radna. Jeszcze w trakcie poszukiwań zaginionej 61-letniej kobiety chciała spotkać się z burmistrzem Jerzym Wrębiakiem, ale dowiedziała się, że w danej chwili nie ma takiej możliwości. Udało się jej dostać do wiceburmistrza. Bartłomiej Kostrzewa obiecał, że zapozna się ze sprawą i decyzja zapadnie w poniedziałek (13. maja).

– W poniedziałek z samego rana poszłam z panem Rafałem do pana wiceburmistrza, ale już na wstępie dowiedzieliśmy się, że eksmisja nie będzie przeniesiona w czasie. Nie pomogły tłumaczenia, że tam też mieszka dziecko, które w swoim życiu doświadczyło już wielkiej tragedii. Było mi bardzo przykro, bo przecież decyzja o eksmisji zależy tylko i wyłącznie od władz miasta – mówi radna Anna Głogowska.

– To było jakieś kręcenie, że gmina może ponieść dodatkowe koszty, później, że w tym budynku są jakieś nieprawidłowości i przebywanie w nim zagraża zdrowiu. Było widać, że miasto po prostu nie chce przesunąć terminu eksmisji. Najbardziej zdziwiłem się, gdy pan wiceburmistrz powiedział, że byliby skłonni przesunąć eksmisję, gdyby mama się nie odnalazła. No to można sobie wyobrazić, jakimi kategoriami oni myślą – dodaje syn pani Elżbiety.

Ubłagali czas do końca miesiąca
Radna miejska i syn pani Elżbiety nie zamierzali poprzestać na wizycie u wiceburmistrza. Postanowili raz jeszcze spróbować dostać się do Jerzego Wrębiaka. Udało się. W gabinecie czekały już służby prawne. Początek rozmowy nie przebiegał pomyślnie, ale ostatecznie pan Rafał ubłagał włodarza o dwa tygodnie czasu.

– Nie obyło się bez docinek, że to nie oni zrobili takie zadłużenie. Ja naprawdę wszystko rozumiem, bo jest dług, jest sądowy nakaz eksmisji, ale od początku brakuje ludzkiego zrozumienia. Wszyscy wiedzą, jaka jest sytuacja. My prosiliśmy jedynie o przesunięcie terminu tej eksmisji, aby mama mogła dojść do siebie, żeby zrobić porządek z tymi zwierzętami, a w międzyczasie poszukać jakiegoś normalnego mieszkania. Nie puścimy załamanego 10-latka i załamanej jego prawnej opiekunki na baraki bez łazienki – mówi syn pani Elżbiety.

Pan Rafał zobowiązał się, że do końca miesiąca uporządkuje sprawę. Nie będzie nawet konieczności zamawiania „komorniczego transportu”. Na swój koszt opróżni lokal, dokona przeprowadzki i zda klucze od mieszkania.

Próbowaliśmy skontaktować się z wiceburmistrzem Brzegu Bartłomiejem Kostrzewą i poprosić o stanowisko w tej sprawie. Niestety, dowiedzieliśmy się, że pan burmistrz jest zajęty, a na pozostawiony nasz numer redakcyjny do czasu publikacji tego artykułu nikt z Urzędu Miasta nie oddzwonił.