Moje Kresy – Bronisława Gabrowska

9
1.jpg
Reklama
Materiał wyborczy Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość
Materiał wyborczy KWW ŁĄCZY NAS BRZEG - GRZEGORZ CHRZANOWSKI
Materiał wyborczy KWW Krzysztofa Grabowieckiego
Materiał wyborczy Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość

Podole, Słobódka Dżuryńska. Najdalej na zachód wysunięta miejscowość powiatu czortowskiego, ówczesnego województwa tarnopolskiego. Jedna z najbogatszych wsi w tym regionie, z polską ludnością. Położona na Płaskowyżu Podolskim, gdzie nad dwoma strumieniami okalającymi z dwóch stron małe wzgórze rozpoczyna swój bieg rzeka Dżuryn.

Reklama - ciąg dalszy wpisu poniżej
Materiał wyborczy KWW ŁĄCZY NAS BRZEG - GRZEGORZ CHRZANOWSKI
Materiał wyborczy Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość
Materiał wyborczy KWW ŁĄCZY NAS BRZEG - GRZEGORZ CHRZANOWSKI

Wieś leży jakby na uboczu, 3 km od głównego traktu Czortków-Buczacz i dalej na Stanisławów, zwanego „drogą cesarską”. Droga ta została zbudowana na cześć cesarza Franciszka Józefa, ponieważ tędy w czasie pobytu w Galicji Wschodniej cesarz miał przejeżdżać. Dawniej ze Słobódki do Czortkowa i Buczacza prowadziły dwie drogi polne, które łącząc się ze wspomnianym gościńcem, stanowiły doskonały skrót do tych miast. W tej oto podolskiej wsi, w „pięknym pałacu” krytym strzechą, zwanym lepianką, dnia 9 lipca 1930r.przychodzi na świat Bronisława Gabrowska, córka Józefa Koliweszko i Józefy zd. Semcyszyn. „Pałac” zbudował dziadek Bronisławy-Michał z babcią Rozalią. Mieszkali w nim rodzice Józefa i jego rodzeństwo-siostra Maria i brat Leon. Rodzinny dom został postawiony za kościołem i cmentarzem we wsi, w kierunku wsi Romaszówka. Dzisiaj po nim nie ma już nawet śladu. Ostatnią budowlą w tym kierunku jest zarośnięty do granic  możliwości krzakami-cmentarz na którym pochowani są moi przodkowie. Tato służył w wojsku w Trembowli – opowiada Bronisława – i tam, w nieznanych mi okolicznościach, poznał moją mamę Józefę. Mama pochodziła z Żabińców pow. husiatyński. Wychowana po miejsku, nie przypadła od razu do gustu teściowej (mojej babci), bo inaczej gotowała, piekła, chciała się inaczej ubierać. Młodzi po ślubie od razu postanowili, że chcą iść na swoje i zaczną się budować. Na drugim końcu wsi, przy drodze do Buczacza, nabyli pole i rozpoczęli budowę swojego gniazdka. Budowy, niestety, nie zakończyli, bowiem tragicznie potoczyły się losy moich rodziców. Mama 6 lat po ślubie, w 1935r., umiera. Miała wtedy 25 lat, ja natomiast 5. Umiera z błahego wydawałoby się powodu, jakby na własne życzenie. Przed wojną mówili na to galopujące suchoty. Oszczędzając lub może nie mając odpowiedniego obuwia, poszła nad strumień wpadający do rzeki Dżuryn zbierać jajka od kaczek. Teren był bagnisty, torfiasty, a wiosenna woda była jeszcze bardzo zimna. Przeziębiła się, dostała zapalenia płuc i zmarła. Tato rozpaczał, płakało pół wsi, ale cóż było robić? Byli chłopami, mieszkali na wsi, opieki lekarskiej prawie żadnej, musieli ciężko pracować na roli. Ziemia dawała im życie. Tato w każdej wolnej chwili chodził na budowę, murował, stawiał i tak życie szło do przodu. Wstawał o świcie i szedł obrządzać bydło. Po tym siadał do śniadania. Brał drewnianą łyżkę, pajdę chleba i z głębokiej miski zajadał barszcz lub cokolwiek innego, co przygotowała mu moja babcia Rozalia. Potem jadł kuleszę okraszoną skwarkami z zabitej wcześniej na Wielkanoc, czy Boże Narodzenie świni. Zaprzęgał konia i jechał w pole orać, siać lub kosić. Wracał najczęściej wieczorem i nie odpoczywał, bo czekała dalsza robota-rąbanie drzewa, obrządek bydła. Trzeba było narżnąć sieczki dla krów. Dopiero potem siadał do kolacji. W roku 1936 zaczęłam chodzić do szkoły w Słobódce. Budynek szkoły był nieopodal kościoła. Religii uczył mnie ks. Franciszek Sudoł, który na parafię przybył w 1933r.i był proboszczem aż do wybuchu II wojny światowej. 24 sierpnia 1939r.został powołany do wojska jako kapelan i w stopniu kapitana wyruszył na swój wojenny szlak. Internowany na Węgrzech, w obozie przebywał aż do końca 1945r. Potem, po 2 lipca 1957r., był proboszczem „u swoich” w Koskowicach k. Legnicy. W czerwcu 1938r. przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej w kościele Michała Archanioła w Słobódce. Szkoda, że mama tego nie doczekała. Byłam pięknie ubrana, ciocia uszyła mi białą sukienkę z 3 falbankami. Na nogach białe patentowe (grube)pończoszki i oczywiście buciki-białe tenisówki. Aby przez cały czas były białe, codziennie czyściłam je kredą. Któregoś dnia po mszy, w „białym tygodniu”, by mieć jeszcze bielsze, wyprałam je. Guma oderwała się od reszty i po paru dniach użytkowania, na niedzielną mszę, nie miałam w czym iść do kościoła. Bywało i tak, że inne dzieci, by obuwia nie zniszczyć, szły boso, a dopiero pod kościołem buty zakładano. Całe szczęście, że ja do kościoła miałam blisko. W lipcu 1939r.zostaliśmy z bratem Kazimierzem – urodzonym w 1932r.,sierotami.Tato wracając z placu budowy na drodze przed wsią został skrycie zastrzelony. Natychmiast wozem został przetransportowany do szpitala w Czortkowie, zmarł na stole operacyjnym. Na miejscu zbrodni stawili się funkcjonariusze Policji Państwowej, lecz sprawców nie wykryto. Pewne może być to, że sprawca pochodził ze Słobódki. O krewkich mieszkańcach wsi pisał ks. Wacław Szetelnicki w swej książce „Parafia rzymsko-katolicka w  Słobódce Dżuryńskiej” wydanej w Rzymie w 1979 roku. „Zadzierżystość  i fantazja  słobódczan objawiała się nie zawsze w pozytywnej formie, bywały nierzadkie wypadki, że jeszcze w pierwszej połowie XIX w. niebezpiecznie było udawać się wieczorem przez wieś wozem lub piechotą”. Największy dramat, jaki może się zdarzyć dwojgu nieletnim dzieciom. Siostra taty – Maria mówiąc „A kto przyjdzie na cudze dzieci robić?”, wzięła nas na wychowanie. Poświęciła dla nas, krótkie zresztą, swoje życie. Potem biorąc przykład z niej, już tutaj na Ziemiach Zachodnich w Brzegu, zrobiłam to samo, ale o tym później. Dwa miesiące po tej tragedii przyszli ruscy, wybuchła II wojna światowa. Szkoła dalej funkcjonowała, ale zmieniły się w niej rządy. Dyrektorem został Ukrainiec, niejaki Wonyszczuk, który znęcał się nad dziećmi. Mieszkaliśmy pomiędzy Ukraińcami i trzeba było z nimi żyć w zgodzie i tak żyliśmy. Miałam nawet dobrą ukraińską koleżankę Anię Ostapów, której ojciec wiele nam później pomógł. W czerwcu 1941 r. przyszli Niemcy. Na potrzeby wojska zaczęli rekwirować wszystko, co udało się nam zabrać, krowy, konie, zboże. Pamiętam, jak w czerwcu 1942r.na placu za kościołem (teraz jest tam boisko sportowe) Niemcy wyznaczyli miejsce zbiórki bydła zabranego mieszkańcom Słobódki. Ciocia Marysia schowała nasze dwie krowy na słobódczańskim cmentarzu. Niemcy z Ukraińcami szukali wszędzie, tylko nie tam. W ten sposób uratowała nas przed całkowitą biedą. Rok 1942, a zwłaszcza 1943, były latami wzrastającego napięcia i nienawiści ze strony ukraińskich nacjonalistów, skierowanych przeciwko Polakom. Wielkim wstrząsem dla całej wsi był mord na ośmiu dominikanach w Czortkowie. Ludność Słobódki była uczuciowo związana z klasztorem oo. Dominikanów, którzy byli częstymi gośćmi we wsi, głosząc kazania i rekolekcje. 18 listopada 2006r. kard. Marian Jaworski uroczyście otworzył w lwowskiej katedrze proces beatyfikacyjny męczenników dominikańskich. Zbliżał się koniec wojny. Na początku kwietnia 1944r.do Słobódki przyszedł front. O zdobycie i utrzymanie w swych rękach odcinka gościńca z Dżuryna do Buczacza trwały kilkudniowe zacięte walki. W Wielki Czwartek 6.IV.1944r., gdy linia frontu zbliżyła się do Dżuryna, rozpoczęły się zacięte walki na linii: Dżuryn- Słobódka- Pyszkowce. Wieś wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. W Niedzielę Wielkanocną 9 kwietnia, gdy wieś była w rękach radzieckich, nastąpił niszczycielski nalot 24 niemieckich bombowców. Zginęło wiele żołnierzy i 82 osób cywilnych. Cerkiew i kilkanaście domów znikło z powierzchni ziemi. Od pocisków zapalających spłonęło wiele domów. Pomimo wielu trafień, mury i wnętrze świątyni wraz z organami, dzięki Bogu, ocalały. Po tym wszystkim wróciliśmy do Słobódki, bo wcześniej ruscy w czasie walk frontowych zgromadzili nas w Hadyńkowcach k.Kopyczyniec, 35 km za linią frontu. Walki przeniosły się dalej na zachód, ale mordy banderowców nie ustały. Pamiętam doskonale, jak któregoś dnia pod nasz dom przywlókł się ranny Ukrainiec.-Слава Ісусу Chrysus – Pochwalony Jezus Chrystus – zagadał pod drzwiami chałupy. Ciocia Marysia opatrzyła mu ranną rękę i nakarmiła. Zapamiętała, że temblak na rannej ręce miał zrobiony z żółtej chustki. To go w późniejszym czasie zgubiło. Ranny pytał o drogę w kierunku Buczacza. Następnego dnia wyprowadziła go za wieś drogą w kierunku na Buczacz. Ciekawość dzieci sprawiła, że był on przez cały czas pobytu przez nich obserwowany, a gdy został wyprowadzony za wieś, powiadomiły hołowę wsi (sołtysa), a ten ruskich, i banderowiec w polu został schwytany. Okazało się, że ruski wywiad zrobił w Dżurynie pod mostem kolejowym, zasadzkę na banderowców i część bandy pojmali. Ów nieszczęśnik został wcześniej postrzelony przez swoich, bo pomylił hasła odzewu. Ukraińska banda poprzedniego dnia w Dżurynie zamordowała polską rodzinę, ocalała tylko dziewczynka, która później rozpoznała żółtą chustkę swojej mamy, tą którą posiadał schwytany pod Słobódką banderowiec. 15 stycznia 1945r. mój stryj Leon Koliweszko, jak co dzień rano, wybierał się z grupą chłopów ze wsi do lasu do Skorodyniec k. Czortkowa. Pracowali w lesie zbierając drzewo na opał. Mówi do stryjenki: -Wiesz, dzisiaj z nimi nie pójdę, odpocznę sobie, zrobię coś w gospodarstwie. Stryjenka sprzeciwiła się. Rad nie rad, stryj zaopatrzony w jedzenie na cały dzień wyszedł na miejsce wyjazdu. Tamtych już nie było, pojechali. Ten moment uratował stryjowi życie. Jak się później okazało, część tych ludzi wstąpiła do oddziału ochronnego Komendy Wojskowej w Białobożnicy. Była to służba zastępcza i jej uczestnicy zostali zwolnieni z odbywania służby wojskowej. W ten dzień oddział złożony w większości z żołnierzy pochodzących ze Słobódki i pobliskiego Kosowa, udał się do Skorodyniec. Tam został napadnięty przez banderowców i w okrutny sposób, siekierami, pomordowany. Zginęli  wówczas: Józef Andruchów, Jerzy Andruchów, Michał Bojczuk, Michał Sobków, Franciszek Kaszczyszyn, Kazimierz Seredyszyn i Piotr Tymków. Zwłoki pomordowanych przywieziono do Słobódki. We wsi wrzask i ogólny lament, słyszany chyba w oddalonym o 3 km Dżurynie. Po sprowadzeniu do kościoła i odprawieniu uroczystej mszy świętej, pogrzebano ich we wspólnej mogile na naszym cmentarzu. Ten, nad wyraz bolesny i tragiczny, fakt nie tylko powiększył rozpacz, ale również przyśpieszył naszą decyzję wyjazdu na Ziemie Odzyskane, w ramach tzw. repatriacji. Ze stacji kolejowej w Dżurynie wyjechaliśmy pierwszym transportem, który wyruszył 3 czerwca 1945r.i po kilku tygodniach dotarł do stacji kolejowej w Mąkoszycach. Razem z 75 rodzinami osiedliliśmy się z ciocią Marysią w Michałowicach, stryj Leon zamieszkał w Myśliborzycach. Byłam nieletnia, a trzeba było z czegoś żyć. Ciocia poszła na tydzień do pracy w pobliskiej brzeskiej Garbarni. Po tygodniu poszłam w jej miejsce. Pracowałam w ogrodach Garbarni, roztaczających się wokół istniejącego do dziś pałacyku. Niestety w 1948r.umiera ciocia Marysia, nasza „druga mamusia”, zostaliśmy z bratem sami. W Garbarni pracowałam razem Józefem Solińskim, to on wynajmuje mi u siebie mieszkanie i od tego momentu zamieszkuję w Brzegu. Kiedy ogrody w  Garbarni zostają zlikwidowane, przenoszę się do pracy na budowie w cukrowni. Potem w tym miejscu, z rozebranej poniemieckiej cukrowni, powstaje brzeska Olejarnia. Jakiś czas pracuję w WPHS i Zieleni Miejskiej na ul. Słonecznej. Pan Soliński przenosi się do pracy w browarze, a ja, mieszkając u niego, poznaję pracującego z nim Andrzeja Gabrowskiego. Uroczystość ślubna odbywa się w 1950 r. w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego. Moja wiara w Boga i drugiego człowieka, religijność, sprawia, że dom nasz staje się otwarty dla wszystkich. Odwiedzało nas wielu ludzi, m.in. tak przed laty poznałam ks. Edwarda Dudka. Zaczynają nazywać mnie „nasza babcia”. W 1951r.przychodzi na świat nasz jedyny syn –Tadeusz. Brat Kazimierz Koliweszko osiada w Czepielowicach, tam zakłada rodzinę i tam układa swoje życie (zm. w 2009r.). Pamiętając, co zrobiła dla mnie i mojego brata ciocia Marysia, zrobiłam to samo. Oprócz syna wychowałam jeszcze dwoje obcych dla siebie ludzi. Z jednym z nich, z Czesławem Buler, mieszkamy razem od 40 lat. Czesław urodził się w 1949 roku, pochodzi z Gdańska. Mając 3 latka spadł ze schodów i od 7 roku życia w ogóle nie chodzi, porusza się na wózku inwalidzkim. W przypadkowy sposób w 1963r. zostaje przewieziony przez rodziców do brzeskiego szpitala na oddział ortopedyczny. Jako tzw. „dziecko brzeskiego szpitala”, inwalida, pozostaje w nim przez okres 10 lat! Opuszczony, nie odwiedzany przez rodziców, zapomniany przez rodzinę. Na Wielkanoc 1973r.zostaje przeze mnie zaproszony do naszego rodzinnego domu. Od tej pory pozostaje z nami, na dobre i na złe. To jest moja wdzięczność dla cioci Marysi, za to, co dla nas zrobiła. Ostatnie 9 lat swojej pracy zawodowej poświęciłam Spółdzielni Inwalidów „Zwycięstwo”. Renty i emerytury nie otrzymałam, ponieważ zabrakło mi lat pracy do wysługi  emerytalnej. Jestem zatem na utrzymaniu męża- emeryta, który z kolei całe swoje życie poświęcił na pracę w jednym zakładzie – Zakładach Piwowarskich Browar Brzeg. 

Eugeniusz Szewczuk
 Osoby pragnące, by napisano o ich życiu na Kresach, proszone są o kontakt ze mną tel.607    565 427 lub e-mail pilotgienek@wp.pl
1.jpg
1938 r. – Słobódka Dżuryńska I Komunia Święta
1.jpg
1959 r. – Brzeg I Komunia Święta syna Tedeusza
1.jpg
Brzeg ul.Dluga Boże Ciało 1956 r.
1.jpg
Rzeka Dżuryn pod Słobódką
1.jpg
1961 r. – Bronisława z koleżanką na grzybach w Lubszy
1.jpg
Podopieczny Czesław Buler
1.jpg
2012 r. –  Bronisława w rodzinnej wsi
1.jpg
Zbiorowa mogiła pomordowanych mieszkańców Słobódki
Reklama
Materiał wyborczy KWW Krzysztofa Grabowieckiego
Materiał wyborczy KWW ŁĄCZY NAS BRZEG - GRZEGORZ CHRZANOWSKI