Zmarnowali szanse brzeskiej Zielonki – felieton Marka Popowskiego

0
Wcześniej zakładali kłódki, lecz stale gubili do nich klucze. Czasami już po tygodniu powracali, rozcinali je piłą, i znów wieszali nowe. Rocznie mielili ponad setkę takich kłódek

Artyści spod kurateli wojska
Niedawno żaliłem się czytelnikom, że Agencja Mienia Wojskowego – sądownie – wydębiła ode mnie parę złociszy. Wrocławska AMW wynajęła kancelarię prawną i oskarżyła mnie o… „bezumowne” zajęcie ich placu. Na dziesiątkach hektarów Zielonki od 15 lat nic się nie dzieje, nie ma tam wojska, ale gdy na państwowym skrawku ziemi (o pow. 3,5 metra) sąsiad zaparkował swój pojazd – rozpętała się istna wojna. Mimo, że Agencja żądała opłat jak za zboże – przyznałem się przed sądem do popełnienia zbrodni. Po kilku rozprawach – oraz miesiącach zawracania Wisły kijem – sąd pogroził mi palcem (nu, nu, nu!), nakazał zapłacić miesięczny czynsz (niecałe 1€) i niebotyczne żądania Agencji wystrzelił w kosmos. Temida słusznie orzekła, że koszty procesowe tej awantury poniesie instytucja podległa wojsku. Zbiedniałem o kilka złotych, ale i tak mam farta. Mógł przecież zrobić na mnie nalot GROM i oskarżyć np. o… samochodowy terroryzm.

Arogancja państwa
Cały ten cyrk, to kara za wtykanie nosa w nie swoje sprawy, tj. opisywanie w mediach degrengolady, od lat panującej na Zielonce. Pikanterii dodaje fakt, że bezczelni pracownicy Agencji próbowali jeszcze wyżebrać ode mnie w sądzie podatek VAT, wielkości… kilkudziesięciu groszy (gr. – nie złotych!). Tym razem warto było kopać się z koniem. Zazwyczaj – w zderzeniu obywatela z instytucją państwa – nikłe są szanse na zwycięstwo. W Polsce ludzie boją się starcia z cwaniaczkami w todze, wynajętymi przez aroganckich i niekompetentnych urzędników. Wiedzą, że biurokracja zasypie ich tonami dokumentów, dziesiątkami wątpliwych ekspertyz, setkami bzdurnych załączników. Nie chcą być szkalowani i manipulowani oraz – jak w moim przypadku – poddawani fałszywym oskarżeniom świadków, wiszących na liście płac swych mocodawców. Taka w naszym kraju bywa jeszcze praktyka (post-komunistyczna!).

Gospodarka jak za PRL-u
Niedawno dopadł mnie jeden z pracowników Agencji i zbeształ za drukowanie kłamstw w Panoramie. Facet czepiał się, że jego szefom bezpodstawnie zarzucam, iż na ochronę i utrzymanie wojskowej części Zielonki wydają rocznie prawie 300 tysięcy złotych. Krytykę przyjmuję i niech mu tam będzie. Uwaga, uwaga, prostuję! Instytucje Państwa – przy ulicy Małujowickiej w Brzegu – nie trwonią rocznie 300, a tylko 250 tysięcy zł! Znaczyć to może, że od 2005 roku – na Zielonce – mogły pójść w błoto nawet 2,5 bańki! Lat temu pięć burmistrz Brzegu Wojciech Huczyński nabył 54 ha terenu, położonego tuż przy obwodnicy miasta. Kosztowały one tylko 2,3 mln zł. Tak więc, na zakup dużej działki – poszło mniej, niż na kiszenie 18 ha gruntu przez Agencję. Gdzie tu proporcja i gdzie logika?!

Sygnalista do luftu?
Opinia publiczna od dawna wie, że na Zielonce krucho jest z pilnowaniem obiektów. W Panoramie o tym zjawisku pisałem tak: „niektórzy spryciarze podpisują listę obecności, pokręcą się trochę po terenie, bzykną kilka punktów kontrolnych, a potem znikają z pracy na wiele godzin. Proceder trwa, dniówka leci, a decydenci udają ślepych”. Ministerstwo Obrony Narodowej i podległa mu Agencja powiadomili mnie właśnie, że moje sygnały: „nie mają miejsca”. Jeszcze bardziej bulwersuje fakt, że milczy w tej sprawie firma ochroniarska. Pominąłem jej nazwę, bo za chwilę miałbym kolejną sprawę w sądzie. Ale wystarczy popytać właścicieli sąsiednich ogródków. Działkowicze doskonale widzą, jak państwowy obiekt systematycznie – co kilka dni – stoi bezpańsko bez żadnej ochrony. A społeczeństwo za tę usługę płaci, Panie dyrektorze Rozpędowski, Prezesie Falkowski oraz Ministrze Błaszczak!

Bulwersująca sprawa
Do dziś jeden z ochroniarzy nadal urywa się z pracy. Pies z kulawą nogą – oraz nikt z wynajętej przez Agencję firmy ochroniarskiej – nie interesuje się faktem, że zatrudniony pracownik systematycznie opuszcza miejsce służby. Od wielu już lat przyglądam się, jak za moim oknem, bez właściwego nadzoru gnije państwowy majątek. Kierownictwo wrocławskiej Agencji, owszem, zajmuje się ochroną, ale chyba pod kątem pilnowania własnych tyłków! Jedyną reakcją w tej sprawie są kłopoty w sądach, groźby i wyzwiska pod moim adresem. Dlatego też zobowiązuję się publicznie, że Panorama nadal będzie ten temat drążyć. Na stronie Brzeg24 wkrótce zamieszczone będą ciekawe filmiki z Zielonki, której pilnują najlepiej sarny i zające oraz wścibski sąsiad.

Fikcja goni fikcję
Co kilka tygodni z Wrocławia do Brzegu telepie się ekipa specjalistów i kierowników. Zagląda tu nawet sam dyrektor AMW, pan Rozpędowski. Ci egzotyczni turyści – za każdym razem – kontrolują, czy na wszystkich drzwiach (kilkudziesięciu pustych obiektów) wiszą aktualne plomby. Wcześniej zakładali kłódki, lecz stale gubili do nich klucze. Czasami już po tygodniu powracali, rozcinali je piłą, i znów wieszali nowe. Rocznie mielili ponad setkę takich kłódek.

Po moich interwencjach w MON – zmienili system. Teraz, na setkach drzwi wieszają kolorowe opaski. Ponieważ część plastikowych tasiemek się kruszy, geniusze – co 2-3 tygodnie – montują świeże obejmy. Fotografują je, archiwizują, i tak w kółko Macieju. Tłuką

się do Brzegu autem, ponad 100 km, aby założyć kilka plomb na drzwi budynku, z którego już dawno ulotniło się wszystko. Kilka osób marnuje dniówkę, aby kolejną plombę zamontować na bramie pomieszczenia, do którego – tuż obok – prowadzi drugie, w ogóle niezabezpieczone wejście. Z uporem maniaka obwiązują uchwyty nawet tych drzwi i bram, przed którymi już dawno wyrosły pokaźne drzewa, zupełnie uniemożliwiające ich otwarcie.

 

Podróżnicy stale generują koszty. Potrafią przyjechać, aby zaplombować także drzwi do pomieszczeń, do których istnieje swobodny dostęp z boku, przez okna z powybijanymi szybami.

Ani – raju, ani – Bombaju!
Jak już wspomniałem Huczyński po okazyjnej cenie kupił od Skarbu Państwa 54 ha gruntów. Miały na nich powstać fabryki i nowe miejsca pracy. Jego następca chwalił się, że w sprawie zagospodarowania Zielonki rozmawiał z przedstawicielami wielu krajów (ciekawe, po jakiemu?!). Rok temu jeden z dziennikarzy radiowych – opublikował część wywiadu z Jerzym Wrębiakiem, który opowiadał o swoich rozmowach z konsulem Indii. Nie znamy szczegółów tej rozmowy, ale redaktor zatytułował tekst: Brzeg polskim Bombajem. Sądząc po losie Zielonki możemy dzisiaj tylko przypuszczać, że obaj dżentelmeni rozmawiali np. o przyroście urodzeń (Bombaj: 20 mln mieszkańców) lub o imporcie do Brzegu indyjskiej herbaty. Jednym słowem: miało płynąć mleko i miód, a mamy… wyprzedaż gruntów. Panie Jurku Wrębiaku, magistrze wychowania fizycznego i specjalisto od wycinki drzewostanu. Ja, na Pana miejscu, kupiłbym bukiet kwiatów i z Nowym Rokiem popędził do kolegi Huczyńskiego. Niech Pan złoży mu życzenia i przeprosi za zmarnowane 5 lat Zielonki. Przy okazji, proszę mu podziękować za to, że dzięki sprzedaży (za 8,5 mln zł) jego nabytku – będzie Pan mógł rozpocząć żmudny i trudny proces łatania swojej kilkudziesięciomilionowej dziury w miejskim budżecie.

Marek Popowski