Sprawa, która wstrząsnęła Grodkowem, zamiast doczekać się jawnej rozmowy, zaczyna znikać pod warstwą urzędowych decyzji. Gdy radni chcieli otwartej debaty o dramacie dziecka i odpowiedzialności instytucji, przewodniczący rady Dariusz Gajewski zamknął temat, zasłaniając się formalnościami. W oczach wielu mieszkańców wygląda to jak próba kneblowania niewygodnej prawdy i zamiatania sprawy pod dywan. Coraz częściej pojawia się też pytanie, czy w tej historii ważniejsze są paragrafy, czy realna krzywda dziecka oraz po czyjej stronie w praktyce stają dziś osoby podejmujące decyzje w samorządzie.
To historia, która poruszyła mieszkańców Grodkowa. Dziesięcioletni chłopiec został podczas wyjazdu sportowego upokorzony i skrzywdzony przez starszych kolegów. Wydarzenia miały charakter brutalny i poniżający. Chłopiec został podczas wyjazdu unieruchomiony przez starszych kolegów, którzy przykładali końcówkę pompki do jego odbytu i wtłaczali powietrze. Jeden z nich dodatkowo wkładał mu palce w okolice odbytu, co miało charakter poniżający i bolesny. Dziecko wróciło z traumą, dziś zmaga się z lękiem i próbuje wrócić do normalnego życia.
Rodzina przeszła przez policję, badania i sąd. Ten potwierdził naruszenie godności i nietykalności chłopca. Mimo to sprawcy nadal uczęszczają do tej samej szkoły. Rodzice mówią wprost, system nie zapewnił dziecku realnej ochrony.
Wokół sprawy narasta cisza. Dyrektor szkoły Anna Stankowska unika mediów, placówka zamyka się dla dziennikarzy. Wśród uczniów zaczyna funkcjonować niepokojący przekaz. Jak wynika z ich relacji, to sama dyrektorka szkoły Anna Stankowska przekazuje dzieciom informacje, że jeden ze sprawców ma być dziś również osobą pokrzywdzoną. Taka narracja budzi ogromne zdziwienie i sprzeciw. Dla wielu to kuriozalna sytuacja i szczyt bezczelności.
To bardzo niebezpieczny kierunek. Od uznania sprawcy za pokrzywdzonego jest już tylko krok do odwrócenia ról, w którym ofiara zaczyna być postrzegana jako problem, a sprawcy jako niewinni, a nawet poszkodowani. Taki przekaz może nie tylko pogłębiać traumę dziecka, ale też wysyłać do innych uczniów sygnał, że granice odpowiedzialności można dowolnie przesuwać. Słowem: rzeczywistość zaczyna być odwracana.
W tej sytuacji grupa radnych zdecydowała się na konkretny krok. Złożyli wniosek o zwołanie nadzwyczajnej sesji rady miejskiej. Ich uzasadnienie było jasne i mocne. Wniosek podpisali następujący radni: Osadczuk Ewelina, Kwiatkowski Waldemar,
Dereń Paweł i Macheta Damian.
Radni wskazali, że wśród mieszkańców narasta niepokój i pojawiają się liczne pytania dotyczące bezpieczeństwa uczniów oraz reakcji szkoły i władz gminy. Do rady trafiła również skarga rodziców ucznia, która jest już rozpatrywana przez komisję skarg, wniosków i petycji.
Podkreślili, że sprawa budzi ogromne zainteresowanie społeczne, a w przestrzeni publicznej pojawiają się kolejne informacje i wątpliwości. Ich zdaniem konieczna jest otwarta debata, która pozwoli radnym uzyskać pełny obraz sytuacji, a mieszkańcom zabrać głos.
Radni zaznaczyli też wprost, że chodzi o bezpieczeństwo dzieci w placówce prowadzonej przez gminę. A to jedno z podstawowych zadań samorządu. W ich ocenie rada ma obowiązek zająć się tą sprawą.
Proponowany porządek obrad był konkretny i obejmował:
Plan zakładał więc nie polityczny spektakl, ale zebranie informacji i publiczną rozmowę.
Mimo to przewodniczący rady Dariusz Gajewski odmówił zwołania sesji.
W swojej odpowiedzi szczegółowo uzasadnił decyzję, powołując się na przepisy ustawy o samorządzie gminnym. Wskazał, że wniosek radnych nie spełnia wymogów formalnych, bo nie zawiera projektów uchwał ani załączników. Podkreślił też, że proponowana sesja miała mieć charakter debaty, co jego zdaniem jest niezgodne z przepisami. Dodał również, że rada nie ma kompetencji do rozstrzygania spraw związanych z funkcjonowaniem szkoły, bo za jej działalność odpowiada burmistrz jako organ prowadzący, a nadzór sprawuje kuratorium.
Na papierze wszystko wygląda poprawnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zestawimy te argumenty z rzeczywistością.
Po pierwsze, rada gminy nie jest tylko od głosowania uchwał. Ma również funkcję kontrolną. Może żądać informacji od burmistrza i analizować działania jednostek gminy. A szkoła podstawowa to właśnie taka jednostka. Twierdzenie, że temat bezpieczeństwa dzieci nie mieści się w kompetencjach rady, jest co najmniej dyskusyjne.
Po drugie, argument o braku projektów uchwał. Przewodniczący twierdzi, że wniosek jest wadliwy, bo nie zawiera projektów uchwał. I rzeczywiście, ustawa wskazuje, że do porządku obrad powinny być dołączone projekty. To jednak tylko część prawdy.
W praktyce i orzecznictwie wielokrotnie podkreślano, że sesja nadzwyczajna może mieć charakter informacyjny i nie zawsze musi kończyć się głosowaniem. Nie każda sesja to uchwały. Czasem jej celem jest uzyskanie informacji, wyjaśnienie sytuacji i publiczna debata. Dokładnie tak było w tym przypadku.
Radni jasno wskazali, że chodzi o przedstawienie działań burmistrza, dyrekcji szkoły i kuratorium, a także o wysłuchanie mieszkańców. To nie był wniosek o podejmowanie decyzji, tylko o ujawnienie faktów.
Co więcej, ewentualne braki formalne można było uzupełnić. To standardowa praktyka w samorządach. Zamiast tego zostały potraktowane jako wystarczający powód, by całkowicie zablokować sesję.
W efekcie argument, który powinien być techniczną uwagą do wniosku, stał się narzędziem do zamknięcia tematu. Zwłaszcza że mówimy o sprawie, która dotyczy bezpieczeństwa dziecka i budzi ogromne emocje społeczne.
Po trzecie, zarzut dotyczący debaty mieszkańców. Przewodniczący uznał, że taka forma jest sprzeczna z przepisami. Tyle że sesje rady są jawne, a przewodniczący ma prawo udzielać głosu osobom spoza rady. To standardowa praktyka w wielu samorządach. Trudno więc uznać, że sam fakt dopuszczenia mieszkańców do głosu łamie prawo.
Po czwarte, argument o braku kompetencji do zobowiązywania innych podmiotów. Tu przewodniczący ma rację tylko częściowo. Rada rzeczywiście nie może wydawać poleceń kuratorium czy dyrektorowi szkoły. Ale może pytać, analizować i publicznie omawiać działania instytucji. I właśnie o to chodziło we wniosku radnych.
Wreszcie najważniejsze. Ustawa mówi jasno, że jeśli wniosek składa odpowiednia liczba radnych, przewodniczący powinien zwołać sesję w ciągu siedmiu dni. Spór sprowadza się więc do jednego, czy braki formalne były na tyle istotne, by całkowicie odmówić.
- To, co zrobił przewodniczący Dariusz Gajewski, odbieramy jednoznacznie jako próbę zakneblowania ust osobom, które od miesięcy dążą do rzetelnego wyjaśnienia tej sprawy. Już wcześniej widzieliśmy działania polegające na jej przeciąganiu i blokowaniu, a dziś mamy tego kolejne potwierdzenie. Chcieliśmy podczas sesji nadzwyczajnej przeprowadzić otwartą debatę i jasno pokazać mieszkańcom, jakie decyzje były podejmowane na każdym etapie tej sprawy przez wszystkie odpowiedzialne osoby i instytucje. Mieszkańcy mają prawo do prawdy, ale przede wszystkim prawo do rzetelnego wyjaśnienia tej sprawy i do tego, by ostatecznie zwyciężyła sprawiedliwość. Do prawdy mają też prawo osoby pokrzywdzone i to właśnie im w pierwszej kolejności powinniśmy dziś służyć naszym działaniem. – skomentował jeden z wnioskodawców zwołania sesji nadzwyczajnej Waldemar Kwiatkowski.
W tej sprawie trudno oprzeć się wrażeniu, że formalności stały się wygodnym narzędziem. Narzędziem, które pozwoliło uniknąć publicznej rozmowy o temacie niewygodnym i trudnym.
Bo ostatecznie nie chodzi tu o paragrafy. Chodzi o odpowiedź na pytanie, czy władze miasta są gotowe stanąć przed mieszkańcami i wprost powiedzieć, co wydarzyło się w szkole i co z tym zrobiono.
Na razie tej odpowiedzi nie ma.





1 0
Dramat! To się w głowie nie mieści! Wstyd i hańba!
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz