To już nie jest tylko historia jednego wyjazdu i jednego dramatu. To sprawa, która pokazuje, co dzieje się później, gdy dziecko zostaje skrzywdzone i potrzebuje realnej ochrony. Z dokumentów wynika jasno, że doszło do poważnych zdarzeń, które naruszały godność i nietykalność chłopca.
Dziś jednak ciężar tej historii przesuwa się na decyzje dorosłych. Na to, jak zareagowała szkoła, samorząd i instytucje, które miały obowiązek stanąć po stronie dziecka. Bo obok procedur, pism i formalnych działań pojawia się jedno podstawowe pytanie. Czy chłopiec po wszystkim odzyskał poczucie bezpieczeństwa i został realnie oddzielony od swoich oprawców.
UWAGA: Imiona i nazwiska osób w tekście zostały zanonimizowane. Także daty i niektóre miejsca.
Do tej sprawy wracamy po wcześniejszym materiale, w którym opisywaliśmy poruszającą relację matki 10 letniego CHŁOPCA. Już wtedy było jasne, że nie chodzi o zwykły konflikt między uczniami. Dziś, po analizie kolejnych dokumentów, widać jeszcze wyraźniej, że ciężar tej historii przesunął się gdzie indziej.
To już nie jest wyłącznie opowieść o przemocy wśród nieletnich. To jest historia o tym, czy po wszystkim ktoś naprawdę stanął po stronie skrzywdzonego dziecka. Czy szkoła, samorząd i lokalne instytucje zrobiły to, co było konieczne, aby ofiara nie musiała dalej żyć w cieniu tych, którzy ją upokorzyli.
I właśnie tu pojawia się najbardziej niewygodna odpowiedź. Z dokumentów wynika, że szkoła działała na papierze. Były rozmowy, notatki, uchwały, działania profilaktyczne, pisma i procedury. Tyle że z perspektywy chłopca najważniejsze pytanie brzmi inaczej. Czy po wszystkim odzyskał poczucie bezpieczeństwa. Czy został realnie oddzielony od swoich oprawców. Czy ktoś naprawdę pomyślał najpierw o nim.
Przypomnijmy jeszcze raz jakie zdarzenie ustalił sąd. Cytat z postanowienia sądu dla nieletnich:
Z dokumentów znajdujących się w aktach śledztwa wynika, że podczas przerw między meczami OPRAWCA 1, OPRAWCA 2 i OPRAWCA 3 mogli dopuścić się wobec młodszego kolegi zachowania przestępnego, polegającego na umieszczaniu końcówki pompki do dmuchania materaca w odbycie małoletniego i wtłaczaniu powietrza. OPRAWCA 1 miał dodatkowo wkładać CHŁOPCU palce w odbyt. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie […]. Uczniowie przebywali na zawodach pod opieką trenera, który nie był obecny przy tych incydentach, nie zgłoszono mu o nich informacji w trakcie trwania zawodów. Małoletni CHŁOPIEC skierowany został na badanie do Uniwersyteckiego Szpitala Medycznego w Opolu w celu zabezpieczenia śladów na tle seksualnym. W dniu 17 czerwca 2025 r. odbyła się konsultacja specjalistyczna. U pokrzywdzonego ustąpiły dolegliwości bólowe brzucha, jednak w okolicach odbytu w dalszym ciągu występowało zaczerwienienie, nie było widocznych ran.
10 lipca 2025 roku zapadło pierwsze postanowienie o tzw. zabezpieczeniu. Sąd zobowiązał rodziców trzech nieletnich, OPRAWCA 1, OPRAWCA 2 i OPRAWCA 3, do przeniesienia ich synów do innych szkół niż ta, do której uczęszcza CHŁOPIEC. W uzasadnieniu sąd napisał jasno, że trzeba chronić dobro pokrzywdzonego, a pozostawienie wszystkich dzieci w jednej placówce może rodzić społeczne przekonanie o bezkarności sprawców.
W kolejnym postanowieniu z lutego 2026 roku sąd uznał, że jeden z nieletnich nie dopuścił się czynu z art. 200 paragraf 1 kodeksu karnego. W przypadku dwóch pozostałych stwierdzono zachowania wyczerpujące znamiona tego czynu, ale nie uznano ich w tym zakresie za przejaw demoralizacji. Jednocześnie wobec wszystkich trzech sąd przyjął, że wykazują przejawy demoralizacji przez inne działania wobec pokrzywdzonego.
To ważne rozróżnienie prawne, ale ono nie unieważnia rzeczy najistotniejszej. Sąd nie powiedział, że nic się nie stało. Przeciwnie. Jednoznacznie wskazał, że doszło do działań krzywdzących, poniżających i naruszających cielesność dziecka.
Z ustaleń wynika, że chłopcy działali wspólnie. Ich celem było ośmieszenie pokrzywdzonego. Dochodziło do jego unieruchamiania. Naruszono jego godność i nietykalność cielesną. Zachowania miały charakter powtarzalny i trwały kilka dni.
To nie była jednorazowa głupota. To nie była przepychanka na przerwie. To nie był zwykły konflikt między uczniami. To było wielokrotne, brutalne upokarzanie dziecka.
W tej sprawie nie wolno zgubić najważniejszego sensu. Nawet jeśli nie przyjąć najcięższej kwalifikacji prawnej, nawet jeśli nie mówić o seksualnym wykorzystaniu małoletniego w ścisłym sensie kodeksowym, to nadal mamy do czynienia z czymś, co w szkole nie powinno kończyć się wyłącznie na wychowawczej reprymendzie.
Bo co właściwie ustalono. Wspólne działanie. Powtarzalność. Unieruchamianie chłopca. Naruszenie intymności. Ośmieszenie. Upokorzenie. Naruszenie godności i nietykalności cielesnej.
To nie jest materiał na zwykłą uwagę do dziennika i obniżoną ocenę z zachowania albo naganę od dyrektora szkoły. To jest materiał na twarde, jednoznaczne odseparowanie sprawców od ofiary.
I właśnie dlatego najmocniejsza teza tego tekstu brzmi tak. Największym skandalem jest, co oczywiste, to, co spotkało CHŁOPCA podczas wyjazdu. Równie poważne jest jednak też to, że po wszystkim chłopiec musiał wrócić do tej samej małej szkoły i dalej funkcjonować obok trzech uczniów oskarżanych o wielokrotne poniżanie go i naruszanie jego nietykalności.
To bardzo zmienia optykę. Punkt ciężkości nie leży już na pytaniu, czy szkoła zwołała radę pedagogiczną i sporządziła komplet notatek. Sedno brzmi inaczej. Czy szkoła naprawdę ochroniła pokrzywdzone dziecko?
Sąd zastosował wobec nieletnich środki wychowawcze. Zobowiązał ich do pisemnych przeprosin skierowanych do pokrzywdzonego oraz zakazał kontaktowania się z nim.
Na papierze wygląda to jak wyraźna reakcja. Ale życie dziecka nie toczy się na papierze.
Jeżeli pokrzywdzony nadal uczęszcza do tej samej szkoły co sprawcy, to natychmiast pojawia się cała seria pytań. Jak wygląda nadzór nad wykonaniem zakazu kontaktu. Kto i w jaki sposób pilnuje, aby chłopiec nie musiał stykać się z tymi osobami na korytarzu, boisku, przed szkołą i po lekcjach. Czy w ogóle da się skutecznie egzekwować taki zakaz w małej placówce, gdzie wszyscy się znają i codziennie mijają.
Właśnie tu najmocniej wybrzmiewa rozjazd między językiem dokumentu a doświadczeniem dziecka. W dokumentach pojawiają się środki wychowawcze, procedury i obowiązki. Po drugiej stronie jest chłopiec, który po czymś tak upokarzającym miał nadal chodzić do tej samej placówki co jego oprawcy.
Z tej perspektywy cała sprawa wygląda jeszcze bardziej dramatycznie. W małej szkole ciężar takiej sytuacji jest większy niż w dużej placówce. Tam nie da się po prostu zniknąć w tłumie. Ofiara codziennie widzi tych samych ludzi. Wie, kto co widział. Wie, kto był świadkiem. Wie, kto nie zareagował. Wie, kto potem próbował nazywać to żartem.
To potęguje stres, wstyd i poczucie osamotnienia.
W takim ujęciu trzeba zadać brutalnie proste pytanie. Czy szkoła zrobiła wszystko, aby ofiara nie musiała codziennie spotykać swoich oprawców w klasie, na korytarzu, na boisku i w drodze do szkoły. Jeśli odpowiedź brzmi nie, to właśnie tu znajduje się sedno skandalu.
Widząc brak realnych i zdecydowanych działań po stronie szkoły, rodzice CHŁOPCA zdecydowali się szukać pomocy wyżej, kierując skargę do organu prowadzącego i nadzorczego, czyli burmistrza, a także do Rady Miejskiej w Grodkowie.
Formalna skarga rodziców CHŁOPCA skierowana do Rady Miejskiej w Grodkowie i burmistrza nie koncentruje się na samym opisie zdarzenia. Ono dla rodziców jest oczywiste i udokumentowane. Najważniejszy zarzut brzmi inaczej. Szkoła nie podjęła adekwatnych działań wobec sprawców i nie zapewniła realnej ochrony ich dziecku.
Rodzice opisują bardzo konkretnie, co miało się wydarzyć podczas wyjazdu sportowego. Wskazują, że trzech uczniów miało dopuścić się wobec CHŁOPIEC czynów o charakterze karalnym, powtarzalnych i celowych. Nie używają języka łagodzącego. Nie mówią o konflikcie ani wybryku. Piszą wprost o świadomym działaniu, które naruszało godność i zagrażało zdrowiu.
Najważniejszy zarzut wobec szkoły jest jednoznaczny. Mimo wiedzy o zdarzeniu nie usunięto sprawców, nie zawieszono ich w prawach ucznia i nie zastosowano kar adekwatnych do wagi czynu. W praktyce skończyło się na naganach dyrektora i obniżeniu ocen z zachowania. Co kuriozalne nagana i obniżenie oceny ze sprawowania dotyczyło tylko realnie dwóch tygodni. Całe zdarzenie miało miejsce około 14 dni przed zakończeniem roku a potem były wakacje i rozpoczynał się nowy rok szkolny.
Rodzice uznają to za reakcję rażąco niewspółmierną.
W tej skardze jest jeden fragment, który powinien wybrzmieć wyjątkowo mocno. Rodzice piszą, że CHŁOPIEC nie mógł odebrać świadectwa, podczas gdy sprawcy normalnie uczestniczyli w zakończeniu roku szkolnego. To było pierwsze świadectwo CHŁOPCA z „czerwonym paskiem”, czyli dla niego bardzo ważna sprawa. Ich syn został faktycznie odsunięty od życia szkoły, a sprawcy nadal funkcjonowali w niej bez przeszkód.
To zdanie uderza z całą siłą. To ofiara została wyizolowana, a nie sprawcy.
Jeśli tak rzeczywiście wyglądał finał tej historii na poziomie szkolnej codzienności, to trudno o bardziej gorzkie podsumowanie. Dziecko, które zostało skrzywdzone, ponosi dodatkowy ciężar sytuacji. Ci, którzy mieli je krzywdzić, pozostają w dobrze znanej przestrzeni. To odwrócenie porządku elementarnej sprawiedliwości.
Rodzice powołują się na statut i pytają, dlaczego nie użyto najsurowszych środków
Rodzice powołują się także na zapisy statutu szkoły. Wskazują, że przewidywał on możliwość przeniesienia ucznia lub nawet skreślenia z listy. Ich argument jest prosty. Jeżeli statut przewiduje takie środki, to przy tak poważnym czynie należało je zastosować.
Wnoszą o przeniesienie sprawców do innej szkoły, ewentualnie ich usunięcie. Podkreślają, że czyn miał charakter świadomego działania, zagrażał zdrowiu, naruszał godność i miał charakter nieobyczajny oraz karalny.
Z ich perspektywy brak takiego ruchu oznacza nie tylko błąd. Oznacza bierność dyrekcji.
W skardze pada mocne zdanie, że brak jest uzasadnienia dla tej bierności. I trudno się dziwić, bo z punktu widzenia rodziców najważniejsze było natychmiastowe zabezpieczenie dziecka, a nie czekanie, aż kolejne instytucje zakończą swoje procedury.
Rodzice wskazują również, że sąd miał zobowiązać rodziców sprawców, w pierwszym postanowieniu, do przeniesienia dzieci do innych szkół, a dyrektor znał to rozstrzygnięcie. Ich zdaniem mimo to szkoła nie podjęła własnych zdecydowanych działań.
I właśnie tutaj najostrzej widać konflikt dwóch logik.
Szkoła czekała na procedury. Na następne postanowienie sądu. Rodzice oczekiwali natychmiastowej reakcji.
Szkoła powoływała się na formalne ograniczenia. Rodzice pytali o bezpieczeństwo dziecka następnego dnia po ujawnieniu sprawy.
Szkoła zajmowała się dokumentami, opiniami i warsztatami. Rodzice pytali, dlaczego ich syn nadal ma chodzić do tej samej szkoły co sprawcy.
Rodzice idą jeszcze dalej. W ich skardze pobrzmiewa teza, że większą ochroną cieszą się sprawcy i ich rodzice niż ofiara.
To jedno z najmocniejszych zdań, jakie pojawiają się w tej sprawie. Bo jeżeli z jednej strony mamy dziecko, które zostało upokorzone, które nie ma poczucia sprawiedliwości, które może stać się ofiarą hejtu i które nadal ma funkcjonować obok sprawców, a z drugiej strony cała energia instytucji idzie w obronę procedur, dobrego imienia placówki i spokoju szkoły, to pytanie o to, kogo naprawdę chroni system, staje się całkowicie zasadne.
Skarga rodziców została złożona w listopadzie 2025 roku. Trafiła do burmistrza (6-11) i do rady (12-11). Burmistrz Miłosz Krok przekazuje jej rozpatrywanie Radzie Miejskiej jako właściwemu organowi. Na poziomie formalnym wszystko można opisać jako poprawne.
Tyle że ta historia nie jest oceniana wyłącznie w kategoriach obiegu dokumentów.
Burmistrz nie rozpatrzył skargi sam. Przekazał ją dalej i zapowiedział działania wyjaśniające. W praktyce oznaczało to wejście sprawy w tryb administracyjny i polityczny oraz „umycie rąk” przez burmistrza Kroka.
I właśnie tutaj pojawia się poważny zarzut. Burmistrz sam był kiedyś dyrektorem. Zna specyfikę szkoły, zna realia, zna wagę takich sytuacji. Mógł zadziałać szerzej niż wymagała od niego urzędowa ścieżka. Nie musiał podejmować decyzji pedagogicznych, ale mógł wyjść poza minimum, jakie nakazują procedury. Nie zrobił tego.
Dlatego z perspektywy rodziców i opinii publicznej jego postawę można odczytywać jako kompletne zaniechanie.
Dalszy przebieg sprawy w radzie miejskiej budzi kolejne wątpliwości. Skarga rodziców CHŁOPCA złożona 6 listopada trafiła do komisji skarg dopiero 5 stycznia!!!
Co szczególnie ciekawe, tego samego dnia razem ze skargą do komisji miały trafić wyjaśnienia dyrektor!!! Można więc wysnuć wniosek, że dyrekcja dostała skargę przed radnymi lub przynajmniej szybciej miała możliwość zbudowania własnej narracji. W sensie formalnym i takim ludzkim można nazwać tą sytuację jako skandaliczną.
Co jeszcze ciekawsze 18 grudnia 2025 r. jeden z radnych, który dowiedział się od rodziców CHŁOPCA o skardze, wystąpił z pismem ponaglającym do przewodniczącego Dariusza Gajewskiego, aby skargę przekazać do komisji. Odpowiedź Gajewskiego przyszła dopiero 9 stycznia, z kuriozalnym uzasadnieniem, że sprawa jest skomplikowana i dlatego jeszcze nie ma jej w komisji. Tymczasem ustawa mówi o działaniu bezzwłocznym. Owszem, przy sprawach skomplikowanych możliwe jest wydłużenie procedury, ale w sytuacji dotyczącej skrzywdzonego dziecka każdy tydzień zwłoki ma zupełnie inny ciężar.
Radni mieli też nie otrzymać od razu pełnych załączników. Brakowało opinii psychologa oraz postanowienia sądu z lipca.
Pierwsze posiedzenie komisji odbyło się dopiero 26 stycznia. Drugie 11 marca. Cztery miesiące i dwa posiedzenia!!!
Do 11 marca radni nie mieli udostępnionych najważniejszych dokumentów, czyli załączników do skargi.
Następny termin nie jest jeszcze ustalony.
W sprawie dziecka, które nadal chodzi do tej samej szkoły co sprawcy, taki rytm działania wygląda bardziej jak rozwlekanie niż jak rzetelne, pilne zajmowanie się problemem.
Do tego dochodzi jeszcze jeden wątek, wyjątkowo trudny do przyjęcia. Podczas niejawnego posiedzenia komisji jeden z radnych – Marek Kwiatkowski - miał zapytać matkę CHŁOPCA, czy nie myślała o zmianie szkoły dla skrzywdzonego chłopca.
To pytanie brzmi jak jawne odwrócenie ról.
Zamiast pytać, co zrobić ze sprawcami, pojawia się sugestia, by to ofiara ustąpiła. Zamiast realnej ochrony dziecka mamy rozwiązanie, które przerzuca ciężar na rodzinę pokrzywdzonego.
Takie potraktowanie sprawy można odebrać jako szydercze wobec ofiary i kompletnie niezrozumiałe z punktu widzenia elementarnego poczucia sprawiedliwości.
W sprawie pojawiło się także oświadczenie podpisane przez około 50 rodziców uczniów szkoły. Dokument ten powstał jako reakcja na krytykę wobec szkoły i dyrektorki. Jest to wyraźna próba zbudowania przeciwwagi dla narracji rodziców CHŁOPCA.
Najważniejszy przekaz brzmi jednoznacznie. Rodzice podpisani pod oświadczeniem w pełni popierają dyrektorkę i jej działania. Podkreślają rozwój szkoły, modernizację, inicjatywy dydaktyczne i wychowawcze. Piszą też, że ich dzieci czują się w tej placówce bezpieczne.
Pojawia się tam również wątek nieweryfikowanych informacji oraz wypowiedzi naruszających dobre imię szkoły. Innymi słowy, część społeczności szkolnej zaczyna traktować problem nie tyle jako sprawę skrzywdzonego dziecka, ile jako zagrożenie dla reputacji placówki.
I właśnie tu widać bardzo wyraźną zmianę perspektywy. Problemem przestaje być samo zdarzenie, a staje się nim jego nagłośnienie.
To tworzy mocny kontrast. Z jednej strony rodzice CHŁOPCA mówią o przemocy, braku reakcji szkoły i izolacji ofiary. Z drugiej kilkudziesięciu innych rodziców staje po stronie dyrektorki, twierdząc, że szkoła działa prawidłowo, a ich dzieci czują się w niej bezpiecznie.
To już nie jest tylko sprawa szkoły. To jest inspirowany konflikt wewnątrz lokalnej społeczności, co oczywiście jest na rękę oprawcom CHŁOPCA i dyrekcji szkoły…
Z wyjaśnień dyrekcji, złożonych do skargi rodziców, wynika, że szkoła podjęła działania głównie o charakterze formalnym i wychowawczym. Po uzyskaniu informacji o zdarzeniu przeprowadzono rozmowy z uczniami i opiekunem wyjazdu, poinformowano rodziców, wdrożono procedury przewidziane w statucie szkoły.
W praktyce oznaczało to nagany dyrektora oraz obniżenie ocen z zachowania. Jak podkreślono, środki te uznano za adekwatne i wychowawcze.
Równolegle szkoła uruchomiła działania profilaktyczne. Organizowano warsztaty, spotkania z policją, zajęcia dotyczące przemocy rówieśniczej. Problem w tym, że są to działania ogólne i systemowe, a nie bezpośrednia odpowiedź na konkretny, drastyczny przypadek.
Z dokumentów nie wynika, aby wobec sprawców zastosowano najdalej idące konsekwencje. Nie doszło do ich usunięcia ze szkoły. Nie wynika też, by zrealizowano szybkie i twarde odseparowanie ich od ofiary.
Dyrekcja powołuje się przy tym na ograniczenia wynikające z prawa. Wskazuje, że odpowiednie zapisy statutu dotyczące skreślenia ucznia szkoły podstawowej zostały usunięte jako niezgodne z przepisami.
Ale to nie zamyka sprawy. Bo najważniejsze pytanie nie brzmi, czy można było użyć dokładnie tego paragrafu. Najważniejsze pytanie brzmi, czy zrobiono wszystko, aby realnie ochronić dziecko.
Kuratorium potwierdziło uchybienia
W całej tej historii szczególnie ważny jest protokół kontroli kuratorium. Z jednej strony dokument opisuje rozmowy, procedury, uchwały, opinie, warsztaty i współpracę z poradnią. Z drugiej strony pokazuje uchybienia, których nie da się zignorować.
Kuratorium wskazało niewystarczający nadzór, braki w dostępie do psychologa oraz luki w procedurach dotyczących ochrony małoletnich. To bardzo ważne ustalenia.
Bo jeśli chłopiec miał nadal funkcjonować obok sprawców, a szkoła jednocześnie nie miała zapewnionego pełnego wsparcia psychologicznego na miejscu, to obraz robi się jeszcze bardziej niepokojący.
W tej optyce protokół kuratorium można czytać najbardziej krytycznie. Nie jako opis działań szkoły, lecz jako dokument pokazujący, że szkoła nie zapewniła ofierze realnej izolacji od sprawców i nie zagwarantowała pełnego poczucia bezpieczeństwa.
Nowy, bardzo kontrowersyjny wątek pojawia się wraz z pismem jednego ze związków zawodowych pracowników oświaty, który wyraził wsparcie dla dyrekcji oraz nauczycieli szkoły. W dokumencie podkreślono, że zarzuty wobec szkoły są, ich zdaniem, niesłuszne, a uczniowie zostali ukarani zgodnie z procedurami. Związek wskazuje również, że sytuacja jest trudna, ponieważ doszło do skrzywdzenia dziecka, ale jednocześnie zwraca uwagę na konieczność dania szansy sprawcom i unikania ich dalszego piętnowania.
Autorzy pisma akcentują też, że dyrekcja i nauczyciele od miesięcy są narażeni na presję i krytykę, co negatywnie wpływa na funkcjonowanie szkoły i kondycję psychiczną kadry. Wskazują przy tym na możliwe naruszenie dóbr osobistych pracowników oraz przywołują przepisy dotyczące zniesławienia.
I tu pojawia się element, który można uznać za kuriozalny. Związkowcy sprzeciwiają się publikowaniu dokumentów związanych ze sprawą w internecie, argumentując, że może to prowadzić do dalszych konsekwencji prawnych i szkodzić reputacji szkoły oraz jej pracowników.
To oznacza w praktyce wciąganie do sporu kolejnych podmiotów, przy jednoczesnym ograniczaniu jawności. Komu służy taka narracja? Oprawcom i dyrekcji, z pewnością nie skrzywdzonemu chłopcu. W sprawie dotyczącej bezpieczeństwa dziecka w publicznej szkole taki mechanizm budzi, mówiąc bardzo łagodnie, poważne wątpliwości.
Wszystkie dokumenty, wszystkie notatki, wszystkie stanowiska i wyjaśnienia prowadzą do jednego, bardzo niewygodnego wniosku.
To nie jest opowieść wyłącznie o niedoskonałych procedurach. To jest historia o dziecku, które po wyjątkowo upokarzających zdarzeniach nie dostało od szkoły tego, co powinno być absolutnym minimum, czyli szybkiego, twardego i jednoznacznego odcięcia od osób, które miały mu to zrobić.
I właśnie to powinno być osią każdego uczciwego materiału o tej sprawie.
Czy nagana i obniżona ocena z zachowania to adekwatna odpowiedź na tak ciężkie zarzuty. Czy interes trzech sprawców nie został potraktowany łagodniej niż bezpieczeństwo jednego pokrzywdzonego. Czy szkoła naprawdę stanęła po stronie ofiary, skoro to ona musiała dalej żyć w cieniu tej samej grupy. Czy w praktyce to nie CHŁOPIEC poniósł największy ciężar całej sytuacji.
Na końcu tej historii stoi dziecko. Dziecko, które zostało skrzywdzone. Dziecko, które według dokumentów było ofiarą działań poniżających i naruszających jego nietykalność. Dziecko, które powinno zostać bezdyskusyjnie otoczone ochroną.
Tymczasem wszystko wskazuje na to, że dorośli, którzy mieli realny wpływ, nie pomogli mu tak, jak powinni.
Nie pomogła mu szkoła, zwłaszcza jej dyrektor, bo nie doprowadziła do realnej izolacji sprawców.
Nie pomógł mu burmistrz Miłosz Krok, bo ograniczył się do formalności.
Nie pomogli mu niektórzy radni, w szczególności przewodniczący Dariusz Gajewski oraz szefowa Komisji Skarg i Wniosków Monika Kondysiak, bo rozwlekali sprawę do granic przyzwoitości
Najbardziej poruszające w tej sprawie nie jest już więc tylko samo to, co wydarzyło się podczas wyjazdu. Najbardziej poruszające jest to, że po wszystkim CHŁOPIEC nie został od swoich oprawców naprawdę oddzielony.
I właśnie to obciąża dziś dorosłych najmocniej.
Do sprawy będziemy wracać. Będziemy pokazywać ją szerzej, nie tylko przez pryzmat jednego zdarzenia, ale także w kontekście powiązań i zależności w lokalnych instytucjach samorządowych oraz oświatowych. Przyjrzymy się również relacjom i wpływom, które mogą mieć znaczenie dla przebiegu tej sprawy.
Dotrzemy także do kolejnych informacji dotyczących tej szkoły. Sprawdzimy inne zdarzenia, o których mówią rodzice i uczniowie, a które miały lub nadal mają miejsce w tej samej placówce.
Bo jeśli problem jest głębszy, niż wynika to z oficjalnych dokumentów, to opinia publiczna ma prawo go poznać.
1 0
Czy tych 3 zwyrodnialców przeniesiono do innych placówek?
2 0
Dziękuję Wam , tym którzy to wszystko opisujecie i błagam nie popuszczajcie nikomu kto dopuścił się jakichkolwiek nawet najmniejszych zaniedbań w tej sprawie …kim są ci wszyscy dorośli kim będziemy i dokąd zajdziemy jeśli tak będziemy chronić najmłodszych czyli dzieci, które dane nie umieją się bronić to ci starsi uczniowie powinni być na mocnym cenzurowanym bo co zrobią za dwa trzy lata … strach pomyśleć . Piszcie nagłaśniajcie i pociągajcie do odpowiedzialności wszystkich którzy tutaj dopuścili się zaniechań !!!
2 0
Co z tych zwyrodnialcow kiedyś wyrośnie uwierzyć trudno kim są rodzice w liczbie 50 którzy bronią dyrekcji hanibne podpisy cieszcie się ze nie trafiło się waszemu dziecku .oni tam dalej są więc uwazajcie
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz