Sport i rekreacja

Zamknij

Piłkarskie spotkanie przedświąteczne i nagrody dla byłych zawodników Stali

red 21:13, 18.12.2016 Aktualizacja: 11:13, 22.10.2025
Skomentuj  Piłkarskie spotkanie przedświąteczne i nagrody dla byłych zawodników…

W ubiegłą niedzielę (11.12.2016) odbyło się uroczyste spotkanie, powiązane z jubileuszem ukończenia 70 lat przez byłych zawodników MZKS Stal Brzeg - Zbigniewa Kaczana, Piotra Rabandę, Władysława Gorazdowskiego, Tadeusza Karnatowskiego, Czesława Smoleńskiego oraz Stanisława Majosa. Imprezę poprowadził  Janusz Żebrowski. Na uroczystości obecni byli Burmistrz Brzegu, Starosta Powiatu Brzeskiego oraz byli zawodnicy drużyny.

Niedzielne spotkanie odbyło się na stadionie miejskim w Brzegu z inicjatywy Janusza Żebrowskiego - Przewodniczącego Wydziału Szkolenia OZPN, w którym udział wzięli m.in. piłkarze brzescy z różnych okresów gry w MZKS Stal. Pan Janusz w imieniu prezesa OZPN Tomasza Garbowskiego uhonorował jubilatów pamiątkowymi medalami OZPN. W spotkaniu udział wzięli Burmistrz Brzegu Jerzy Wrębiak oraz Starosta Powiatu Brzeskiego Maciej Stefański, którzy dla jubilatów przygotowali także upominki i listy gratulacyjne. Józef Kostrzewa przygotował okazały tort, natomiast w imieniu kibiców i piłkarzy statuetki przekazał prezes stowarzyszenia ,,Oldboje" Stali Brzeg Andrzej Śliwiński.

Całość uroczystości przebiegała w rytmach starych przebojów piłkarskich oraz wyświetlanych dawnych pamiątkowych zdjęć z piłkarskich boisk. Dzięki uprzejmości Pana Marka Sidora, stare pamiątkowe fotografie można było zeskanować nad czym pieczę trzymał Piotr Szpulak.

Po części oficjalnej i wykonaniu wspólnych zdjęć, nadszedł czas na poczęstunek i wzniesienie toastu, okraszonego głośnym "Sto lat". Nie zabrakło także wzajemnych życzeń świątecznych i noworocznych. Na sam koniec spotkania, wszyscy zebrani piłkarze złożyli swoje podpisy na piłce, która trafiła do archiwum klubu.

Jubileusz ten, był wspaniałą okazją do przeprowadzenia rozmów z niektórymi nagrodzonymi - byłymi zawodnikami, których zapytaliśmy m.in. o wspomnienia związane ze Stalą Brzeg.

Który okres sportowej walki wspomina Pan najczęściej z czasów, kiedy był Pan zawodnikiem Stali?

Stanisław Majos: Zapamiętałem walkę w trzeciej lidze. Nasze kierownictwo, tak uważam, zbagatelizowało tę sprawę. Mogliśmy mieć wtedy drugą ligę, o którą walczyliśmy - to taka ówczesna pierwsza. Nie wypaliło nam to, bo wykryli, że w papierach jest coś nie w porządku. Zbyszek Kaczan był wtedy w formie, grał na stoperze. Wzięli później Pokin-Sochę z Polonii Nysy i to przesądziło o awansie. To była taka wskazówka, szkoda było, mieliśmy drużynę naprawdę silną, zdrową. Mogliśmy ten awans osiągnąć. Zarząd zaprzepaścił wtedy tę szansę. Graliśmy z Piastem Nowa Ruda i przegraliśmy wtedy 1:2.

Wtedy grało się trzy mecze w play-offach?

Stanisław Majos: Tak, jeśli w dwóch meczach byłyby remisowe wyniki, to zaważyłby właśnie ten trzeci mecz. Nie wykorzystaliśmy tej szansy.

Szkoda, bo nie wiadomo jakby się to dalej potoczyło. Druga liga to już jest jednak coś...

Stanisław Majos: Tak, mieliśmy mnóstwo kibiców. Stadion tak był zapełniony, że ludzie dosłownie wisieli na siatkach.

Teraz ogląda Pan mecze Stali na Stadionie?

Stanisław Majos: Oczywiście, że chodzę. Przecież to jest mój klub, w którym grałem tyle lat. Chodzę na mecze, dopinguję i cieszę się, że mamy teraz tę trzecią ligę, mamy dobry zespół. Pomalutku, pomalutku, małymi kroczkami, może kupimy kilku nowych zawodników i będziemy awansować dalej.

Rozpoczął Pan grę w Stali jako bardzo młody człowiek, jakie były pierwsze sukcesy?

Stanisław Majos: W sumie grę w klubie zacząłem od trampkarzy. Zięba, było dwóch braci Ziębów, to byli krakusy, to przez jego ręce przeszedłem. Przynosił nam na boisko, dla trampkarzy, po 2 kg cukierków czekoladowych i była wtedy między nami straszna rywalizacja. I tak pomalutku, po szczebelkach. W trampkarzach wygrywaliśmy po 8:0, w juniorach jak graliśmy, to biliśmy rywali nawet po 13:0, 15:0.

Czy grał Pan w innych klubach?

Stanisław Majos: Nie, nie, miałem grać jak poszedłem do wojska, bo powstał klub Odra Brzeg. Ze Stali przeszedłem do Odry, ale jak byłem w wojsku, to chciała mnie wziąć Polonia Świdnica, gdzie miałem zaklepane granie. Polonia grała wtedy w trzeciej lidze. Ale jak to w wojsku, przyszedł rozkaz i musiałem grać w wojskowym klubie WKS-u Odra. Był taki trener Jodłowiec, który miał papiery i powstała WKS Odra. Dużo zawodników ze Stali Brzeg przeszło właśnie do Odry, w tym m. in. mój szwagier Andrzej Grzywna - bramkarz. Derby jak były to nie było miejsca tutaj na stadionie. Jak swojemu szwagrowi strzeliłem trzy bramki w derbach, to był później na mnie bardzo zły, że go tak załatwiłem.

Zastanawia mnie jedna kwestia. Wspominał Pan, że kiedyś bardzo dużo ludzi przychodziło na mecze. Teraz to raczej jest tak średnio.

Stanisław Majos: Średnio, to prawda. Ale tak na dobrą sprawę to dopiero zaczęliśmy i wydaje mi się, że w przyszłym roku kibiców będzie przybywało. Mówiąc szczerze, to strasznie jest mi miło i jestem szczęśliwy, że doczekałem, że mamy zawodników w trzeciej lidze, że gramy w niej i życzyłbym sobie tego, żebyśmy awansowali do drugiej ligi.

O najważniejsze wspomnienia z czasów gry w Stali Brzeg zapytaliśmy także Zbigniewa Kaczana.

Zbigniew Kaczan: Jest na pewno kilka wspomnień. Pierwsza sytuacja: byłem na obozie centralnym kadry juniorów Polski. Mogę się pomylić o rok, ale to był najprawdopodobniej 1964 r. Byliśmy wtedy na Bielanach. Była cała kadra Polski, tak zwana szeroka, która szykowała się do wyjazdu na mecz do Związku Radzieckiego, a my byliśmy takim zapleczem, który miał być ewentualnie następnym składem reprezentacji Polski. Z tym, że było nas ok. 60 zawodników, z czego powołano 30, ja się wtedy nie załapałem. To jest jedna sytuacja. Druga sytuacja: pierwszy mecz w trzeciej lidze, grałem będąc na studiach we Wrocławiu, grałem w Ślęzie. Wrażenie nie do opisania, coś pięknego. Gdyby mnie zapytano o nazwiska, to podejrzewam, że bym nie trafił. Co jeszcze z takich sytuacji? Na pewno awans do drugiej ligi w 1976 r. Grałem raczej na ławce. Pokin-Socha, który był wzmocnieniem, tutaj w Brzegu, wykolegował mnie ze składu. Z tym, że chciałbym jedno zdanie powiedzieć uczciwie. Pokin-Socha był na pewno lepszym zawodnikiem ode mnie, nie ma co roztrząsać. Jedno się kończy, drugie zaczyna. Zaczęła się moja emerytura, jej początek nie był taki bardzo bierny. Zaproponowano mi sędziowanie. Sędziowałem mecze w trzeciej lidze. Po skończeniu sędziowania, oceniałem arbitrów. Byłem obserwatorem, oceniałem ich, ale to też już minęło. Teraz jest spokojnie, mogę pooglądać jako kibic mecz w telewizji, mecz na żywo, niezwiązany służbowo i to ma też swoje plusy.

Gra w Kraśniku, Stal - jakie były początki kariery i które momenty wspomina Pan najlepiej?

Zbigniew Kaczan: Zacząłem grać w 1957 r. w Piaście Brzeg. Później z Piasta przeniosłem się do Ślęzy, bo dostałem się na studia. Co prawda studiowałem rok czasu, ale w Ślęzie pozostałem. Po wyjściu ze Ślęzy, złapało mnie wojsko. Byłem w wojsku, a po nim grałem dwa lata w Kraśniku, też trzecia liga, lubelska wtedy. I muszę przyznać, że najlepsze mecze, najbardziej wspominam Kraśnik. Tam się ożeniłem, stamtąd zabrałem żonę. Tutaj w Brzegu też dograłem swoje, no i incydent z Pokin-Sochą i tak się skończyła moja kariera - piękna, ale każdy ocenia według siebie. Myślę, że całkiem niezła. Jak coś się robi, z przyjemniejszych rzeczy i tych mniej, wraca się do tych rzeczy najbardziej przyjemnych, ale też niekiedy trzeba sobie powiedzieć, że przy tych sytuacjach, w których człowiek był winny, to musi się uderzyć w pierś i też powiedzieć sobie, że były również sytuacje niegodne pochwały.

Nasuwa mi się pytanie o ten pierwszy mecz w trzeciej lidze, czy to był Pana zdaniem najlepszy mecz?

Zbigniew Kaczan: Mogę powiedzieć tak: na pewno do tego pierwszego meczu w trzeciej lidze wracam ze względu na jego rangę. Wyżej jednak oceniam pobyt w Warszawie, na obozie. Jeśli jednak chodzi o to, do czego wracam bardzo chętnie, to miałem dwie "życiówki". Będąc w Stali Kraśnik, kiedy graliśmy z Włókniarzem Białystok, to wielu mówiło, że to był mój mecz życia. I później z Włókniarzem Pabianice, gdzie jechaliśmy do lidera na przedostatni mecz w rundzie jesiennej. Wygraliśmy u niego gładko 3-0, choć bardzo się baliśmy. Trener Szymczyk powiedział do mnie: "słuchaj Zbyszek, grałeś super".

Pojawiały się propozycje z innych klubów?

Zbigniew Kaczan: Były. W pewnym momencie zainteresowany był mną Metal Kluczbork i prawdopodobnie Stal Mielec, ale oficjalnie do niczego nie doszło.

Swoje wspomnienia związane ze słynnym już awansem do drugiej ligi Stali opowiedział też Piotr Rabanda.

Piotr Rabanda: Nie wiem czy Pan wie, ale były dwie walki o awans do drugiej ligi, tutaj w Brzegu, do tej pory. Pierwsza szansa była, chyba, jak się nie mylę w 1972r. i nie awansowaliśmy. Byliśmy w grupie z Walką Makoszowy, Oławą i my jako Brzeg. Trzy zespoły były wtedy. I gdyby nie, tam jakieś poza meczowe układy, to moglibyśmy wejść. Pierwszy mecz zremisowaliśmy w Oławie, drugi zremisowaliśmy z Walką i w trzecim spotkaniu gościliśmy Oławę tutaj. Byli zawodnicy, którzy ten mecz "puścili" tamtym. Ten pierwszy awans nam uciekł z powodu zawodników z Brzegu. O tym się nie mówi, ale tak było. Kolejna szansa na awans była po dwóch latach, bodajże w 1974r. Z tym, że znów tutaj klub się nie popisał, trener i myślę, że też zawodnicy. Byłem wtedy kapitanem drużyny i mogłem zaprotestować w związku z Pokin-Sochą. On grał w Nysie. Gdyby ten zawodnik grał u nas jeden mecz, chociaż ostatni mecz w lidze, to by mógł grać o awans do drugiej ligi z nami, ale on nie grał. OZPN zapewniał władze klubu, że to nic nie przeszkodzi, nikt się o niczym nie dowie. Prawda jednak szybko dotarła do prasy, ludzie mówili, że było to sfałszowane, że on nie powinien u nas grać. Zdobywając pierwsze miejsce w grupie, zdegradowali nas - na szczęście - nie do Okręgówki, a z powrotem do trzeciej ligi. I taka była historia o dwóch najważniejszych dla klubu meczach o wejście do drugiej ligi.

Był taki okres, że klub zaliczał powolny spadek. Czym to było uwarunkowane? Złością i niechęcią po tym jak nie udało się awansować?

Piotr Rabanda: Nie, nie. Z Piotrkiem Sperlingiem graliśmy w Stali, kiedy była jeszcze w A-Klasie. Awansowaliśmy do Okręgówki, do trzeciej ligi, spadliśmy z trzeciej ligi, znów do niej wróciliśmy, graliśmy o awans do drugiej ligi, itd. Grając w Stali pracowałem w brzeskim Agromecie jako kontroler w dziale mechanicznym. Robotnicy kochali nas za mecze, ale nie podobało im się, że jako piłkarze pracowaliśmy tylko do 11. Nie podobało im się także, że jak graliśmy o awans do drugiej ligi to wcale nie musieliśmy pracować, a pensję z zakładów otrzymywaliśmy normalnie. Gdy nastała era Solidarności - a wówczas w Stali grało wielu zawodników z Wrocławia i Opola, to okazało się, że jednak musimy wrócić do regularnej pracy. Wtedy zawodnicy spoza Brzegu odeszli, wrócili do Wrocławia, Opola i zaczęliśmy notować spadki. Miejscowi piłkarze się zestarzeli, tamci poodchodzili i zaczęło brakować pieniędzy. To jest tak jakby na przykład Real nie miał tylu pieniędzy, to byłby biedny i nie byłby Realem, prawda? Gdyby Stal miała więcej pieniędzy to byśmy mieli pierwszą ligę. Brakowało sponsorów. Taka jest rzeczywistość - były upadki i wzloty. Wszystko zależało od ludzi, którzy się tym sportem zajmowali. Był stadion, było mnóstwo kibiców, brakowało pieniędzy.

Czy uważa Pan, że obecna drużyna Stali ma szansę na awans w tym sezonie?

Piotr Rabanda: Szanse są zawsze. Przyznam, że nie oglądałem zbyt wielu meczy na stadionie. Nie chodzę na mecze, bo już mi się ta piłka trochę przejadła, jak widzę w telewizji to też. Powiem tak - jak będą się starać, to wyjdą. Przecież widzieliśmy, że początek mieli bardzo dobry, dopiero pod koniec zadyszka. Muszą mieć dobrych zawodników, jeżeli nie wychowają tu, to muszą mieć ich z zewnątrz. Tylko z dobrymi zawodnikami się awansuje.

Teraz dużo zawodników przeszło do Stali z Oławy, w której podobno rozwiązał się klub

Piotr Rabanda: Jak przyszli zawodnicy z Oławy, to widać od razu tutaj, że lepiej grają. Ja Panu coś powiem, to nie zależy od trenera. 80% zależy od piłkarzy, jak się prowadzą, jak podchodzą do tego, ile dostają pieniędzy za granie. Jeżeli chcą awansować to muszą dostawać pieniądze, bo jak nie, to grają w C-Klasie, A-Klasie, tam jest amatorstwo, ale od trzeciej ligi już się zaczyna zawodowstwo. Już w tamtych czasach przecież myśmy też nie pracowali i trenowaliśmy dzień w dzień, a treningi odbywały się nawet osiem razy w tygodniu.

W jakich klubach zdobywał Pan - oprócz Stali -piłkarskie doświadczenie?

Piotr Rabanda: Najwyżej notowany klub z jakim współpracowałem to klub z Chorzowa. Oni byli 10-krotnym mistrzem Polski w tym czasie - w 1972r. W Chorzowie spędziłem dosłownie cztery miesiące na przełomie 1971 i 1972 roku - od listopada do lutego. Tylko raz byłem na ławce rezerwowych, na ostatnim meczu rundy jesiennej i też nie dostałem szansy wyjścia i bardzo dobrze. Powiem dlaczego bardzo dobrze... Dlatego, że mistrz Polski iluś tam krotny nie miał kompletu getrów. Byłem na ławce rezerwowych jako jedyny piłkarz z piętnastu - z innymi getrami od pozostałych. Ja mówię, że jak mnie teraz puszczą na boisko, trener mnie puści, zobaczą mnie to powiedzą: "co za dziwoląg?". Okazało się, że mistrz Polski nie miał kompletu getrów. O takich sprawach się raczej nie mówi. W myślach powtarzałem sobie - żeby mnie tylko nie puścili na boisko, bo się chyba ze wstydu spalę. Z Chorzowa przeszedłem do Bielska, później jeszcze grałem w Kluczborku (który był wtedy w drugiej lidze) i z powrotem w Brzegu.

Swoje piłkarskie wspomnienia opowiedział nam także Czesław Smoleński.

Pochodzi Pan z Brzegu, a w Stali dość szybko zakończył Pan karierę...

Czesław Smoleński: Jeżeli chodzi o Brzeg, to tu się urodziłem. Moje początki były związane tylko z tutejszym klubem. Oprócz tego w wojsku grałem w WKS Odra Brzeg. Karierę zakończyłem dość wcześnie - w 1972 roku, bo musiałem wyjechać na Śląsk do pracy w górnictwie. To było zaraz po tym jak awansowaliśmy do trzeciej ligi. Miałem dobrą pracę w Agromecie i musiałem po prostu zrezygnować z uwagi na zajmowane stanowisko, bo nie mogłem sobie pozwolić jeszcze trenować i pracować. Byłem mistrzem na wydziale montażu i musiałem tam wszystkiego pilnować. Dlatego się moja kariera tak szybko skończyła. Co nie oznacza, że całkowicie skończyłem ze sportem, uprawiałem różne dziedziny - narty, pływanie ... Ruch jest bardzo ważny.

Zaczynał Pan od trampkarzy?

Czesław Smoleński: Oczywiście, od trampkarzy, później juniorzy, seniorzy. Dość szybko awansowaliśmy i już nawet w wieku 18 lat grało się w pierwszym zespole.

Czy Pana zdaniem Stal ma obecnie szansę na awans do drugiej ligi?

Czesław Smoleński: Jak najbardziej. Warunki są stworzone, nowy, ładny, wybudowany stadion, także wydaje mi się, że to pociąga za sobą wyniki i poziom. Mam nadzieję, że od czasu do czasu, przyjadę na mecz, a jak już wejdą do drugiej ligi to tym bardziej.

Nawet jak już awansowali z czwartej do trzeciej ligi, to był już spory sukces.

Czesław Smoleński: Tak zgadza się, w tym momencie zaczyna się zawodowa piłka, prawdziwe pieniądze. Czego za naszych czasów nie było, bo najpierw musieliśmy pracować.

Piotr Rabanda wspominał, że jak są pieniądze, to jest i gra.

Czesław Smoleński: Tak. Wystarczy, że człowiek poświęca się jakiejś jednej pasji albo jakiemuś zawodowi, bo piłka to przecież też jest zawód. Kiedyś graliśmy za darmo, bo chcieliśmy się też przypodobać komuś, bo były wzorce do naśladowania jak kluby z pierwszej ligi czy sukcesy reprezentacji Polski.

(red)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%