Miało być zielono, spokojnie i z poszanowaniem natury. Zamiast tego mieszkańcy mówią o chaosie, niedoróbkach i zniszczonym środowisku. Inwestycja nad Cegielnią w Grodkowie, finansowana z unijnych środków, zamiast zachwytu budzi coraz więcej pytań.
Projekt „Ochrona różnorodności biologicznej w Subregionie Brzeskim” realizowany w Grodkowie na obszarze tzw. „Cegielni” miał być wizytówką nowoczesnego podejścia do przestrzeni publicznej. W planach były nasadzenia rodzimych gatunków, naturalne ścieżki, elementy edukacyjne, pomosty i infrastruktura dostępna dla wszystkich. Wszystko pod hasłem ochrony przyrody i zwiększenia bioróżnorodności.
Brzmi dobrze. Problem w tym, że rzeczywistość coraz mocniej rozmija się z wizją.
Mieszkańcy, którzy od lat korzystają z tego miejsca, nie kryją rozczarowania. Ich zdaniem zamiast ochrony przyrody doszło do jej degradacji. I nie są to pojedyncze głosy.
Pan Stanisław, wędkarz z 50-letnim doświadczeniem, mówi wprost o niedoróbkach i błędach wykonawczych. Zwraca uwagę, że termin realizacji nie został dotrzymany, a jakość wykonania budzi poważne wątpliwości.
Największe obawy dotyczą bezpieczeństwa. Podjazdy dla osób z niepełnosprawnościami istnieją tylko na papierze. W praktyce zjazd w dół jest możliwy,
- „Osoba niepełnosprawna samodzielnie zjedzie do linii brzegowej, lecz powrót na górę jest niemożliwy. Nawierzchnia z mączki bazaltowej powoduje zapadanie się kół”. – dodaje pan Stanisław wędkarz z 50-letnim doświadczeniem
Do tego dochodzą strome skarpy, które mogą doprowadzić do wpadnięcia do wody, oraz pozostawiony betonowy taras, który według oznaczeń stanowi zagrożenie. Mimo to nie został usunięty. Ścieżki już dziś wyglądają źle, a drewniane poręcze są niestabilne. To inwestycja świeżo po realizacji.
Jeszcze ostrzej sprawę stawia inny wędkarz, pan Piotr, który skierował oficjalną skargę do marszałka województwa. Jego pismo to nie jest już krytyka. To oskarżenie.
Pisze wprost: „Zwracam się o interwencję w sprawie dewastacji Cegielni w Grodkowie. Takiej degradacji środowiska naturalnego nie widziałem”.
I dalej: „Cel projektu nie został w żaden sposób zrealizowany”. W jego ocenie doszło do całkowitego zaprzeczenia idei inwestycji. Zamiast ochrony siedlisk mamy ich zniszczenie.
„Wykarczowano wszelkie zadrzewienia, wyniszczono roślinność wodną, wypłoszono zwierzęta” – wylicza.
Najmocniejsze słowa padają na końcu: „Dopuszczono się całkowitej dewastacji środowiska, wyniszczenia wszelkich funkcjonujących ekosystemów. To zamach na środowisko wodne i strukturę wokół”.
Mieszkańcy podkreślają też brak nadzoru. Ich zdaniem nikt ze strony urzędu nie kontroluje prac, a inwestycja przeciąga się miesiącami.
„Włos się na głowie jeży od tego marnotrawstwa publicznych pieniędzy” – pisze w swojej skardze pan Piotr
Trudno nie zauważyć kontrastu. Z jednej strony dokumenty pełne haseł o ochronie przyrody, edukacji ekologicznej i zrównoważonym rozwoju. Z drugiej relacje mieszkańców mówiące o chaosie, błędach i zniszczeniu tego, co miało być chronione.
Pytanie jest dziś proste. Czy mamy do czynienia z trudną, ale potrzebną inwestycją, czy z kolejnym przykładem źle przygotowanego projektu, który pod pięknymi hasłami przyniósł więcej szkód niż pożytku. Bo jeśli mieszkańcy zaczynają pisać skargi do marszałka i mówią o dewastacji, to znaczy, że problem jest poważny.
I nie da się go przykryć tablicą z unijnym logo.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz