To wygląda jak małostkowa zemsta, a nie jak decyzja administracyjna. Mieszkańcy Grodkowa przez lata byli przyzwyczajeni, że w centrum miasta wisiały banery reklamujące Pałac w Sulisławiu, nikomu to nie przeszkadzało i nikogo nie raziło. Teraz znikną. Powód oficjalny brzmi urzędowo, ale prawdziwy wydaje się aż nazbyt czytelny. Przez kilka dni, w czasie referendum, na tych samych konstrukcjach pojawiły się banery informujące o referendum. Po tym burmistrz Grodkowa sięga po najcięższy kaliber i wypowiada umowę jednemu z ważniejszych przedsiębiorców w gminie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadne przepisy, lecz o pokaz siły i osobiste porachunki godne lokalnego kacyka.
Nie było żadnej poddzierżawy. Nie było żadnej umowy z osobami trzecimi. Nie było handlu powierzchnią ani czerpania zysków. Była zgoda na powieszenie banerów informujących o referendum. I właśnie to najwyraźniej stało się problemem.
Sprawa dotyczy decyzji burmistrza Grodkowa z 31 października 2025 roku, w której wypowiedział on umowę dzierżawy z dniem 30 listopada 2025 roku. W piśmie skierowanym do przedsiębiorcy jako powód wskazano rzekome poddzierżawianie powierzchni reklamowej osobom trzecim, czyli udostępnienie nośnika reklamowego, co według burmistrza miało naruszać zapisy umowy. Dodatkowo powołano się na obowiązek zwrotu przedmiotu dzierżawy w stanie niepogorszonym oraz naliczono ostatni czynsz w wysokości 124,18 zł. W treści wypowiedzenia nie odniesiono się do faktycznego charakteru banerów, które miały wyłącznie informować o referendum i nie były przedmiotem żadnej umowy ani odpłatnego korzystania.
Warto podkreślić, że przedsiębiorca dzierżawił od gminy nie powierzchnię reklamową, lecz fragmenty działek, na których posadowione były konstrukcje umożliwiające wywieszanie banerów. Przedmiotem umowy była więc ziemia oraz prawo do korzystania z niej w określony sposób, a nie sam nośnik treści. Konstrukcje stały na dzierżawionym gruncie legalnie i zgodnie z umową, a ich wykorzystanie do prezentowania banerów informacyjnych nie wiązało się z przekazaniem terenu ani nośnika osobom trzecim. W tym sensie mówienie o poddzierżawie jest nadużyciem i próbą nadania sprawie znaczenia, którego faktycznie nie miała.
Decyzja burmistrza Grodkowa Miłosza Kroka wygląda dziś jak odwet. Jak drobna, urzędowa zemsta na przedsiębiorcy, który ośmielił się dopuścić do pojawienia się niewygodnej informacji. Zamiast rozmowy i zdrowego rozsądku pojawia się pismo, paragraf i wypowiedzenie umowy.
Jeśli przyjąć tok myślenia burmistrza, to każdy, kto wynajmuje lokal gminny, powinien najpierw zapytać włodarza o zgodę na plakat w witrynie. Także referendalny. Także społeczny. Także niewygodny politycznie. To już nie jest zarządzanie mieniem gminy. To jest kontrola treści i sygnał ostrzegawczy dla innych.
Pałac Sulisław to nie anonimowa firma z zewnątrz. To jedna z największych atrakcji gminy Grodków i jeden z większych lokalnych pracodawców. Przez lata prywatny inwestor włożył w ten obiekt ogromne pieniądze, tworząc miejsce kultury, turystyki i wydarzeń o znaczeniu regionalnym. Teraz w zamian otrzymuje wypowiedzenie umowy, podpisane przez burmistrza, w atmosferze urzędowego chłodu i drobiazgowej surowości.
Uzasadnienie mówi o rzekomym poddzierżawianiu nośnika reklamowego i konieczności zwrotu terenu w stanie niepogorszonym. Brzmi poprawnie, ale sens tej decyzji jest aż nadto czytelny. To nie prawo było impulsem, lecz urażona ambicja. Małostkowe zachowanie, które bardziej pasuje do obrazu prowincjonalnego kacyka niż do roli gospodarza gminy.
Samo odwołanie złożone przez Pałac Sulisław punktuje ten absurd. Gmina ma ustawowy obowiązek wspierania kultury, ochrony zabytków i promocji regionu. Materiały informacyjne dotyczące jednego z najważniejszych obiektów w okolicy wpisują się w interes publiczny. Ich usunięcie i wypowiedzenie umowy stoją z tym interesem w jawnej sprzeczności.
Słowo kacyk nie pada tu przypadkiem i nie jest przypadkową złośliwością. W języku polskim oznacza urzędnika prowincjonalnego, który władzę sprawuje samowolnie, według własnego uznania i nastroju. To ktoś, kto nie pyta, nie tłumaczy i nie rozmawia, tylko wydaje decyzje, bo może. Owszem, kacyk to także barwny ptak z Ameryki, kolorowy, głośny i lubiący zwracać na siebie uwagę. Jest jeszcze trzeci obraz, przywódca plemienny, który nie znosi sprzeciwu i karze tych, którzy wychodzą z szeregu. W Grodkowie te znaczenia dziwnie się sklejają. Jest i potrzeba pokazania się, i głośne machanie skrzydłami, i surowa reakcja na każdy przejaw nieposłuszeństwa. Zamiast samorządu mamy więc kacyka w pełnej krasie, który nie buduje relacji z przedsiębiorcami, tylko demonstruje, że potrafi uderzyć tam, gdzie zaboli najbardziej.
Ta sprawa wykracza daleko poza jeden baner i jedną umowę. To sygnał wysłany do wszystkich przedsiębiorców i mieszkańców. Kto wejdzie w spór, kto pozwoli sobie na niewygodną informację, musi liczyć się z konsekwencjami. Tak działa nie samorząd, lecz mały lokalny dwór, w którym decyzje zapadają pod wpływem emocji i urazy.



Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu brzeg24.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz